Blog dostępny również pod adresem izabelaszmit.wordpress.com
(dostęp do serwisu blogspot został częściowo utrudniony w Turcji)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia, cz. 3

I to też jest dzień o jedzeniu i TV. Tylko z tą różnicą, że już się nikomu nie chce ruszyć do lodówki, żeby cos przynieść, a w TV lecą powtórki powtórek.

pieczone kasztany też były

Ja napiszę o nowinie, która mnie wprawiła w radość przeogromną – mianowicie moja imienniczka zrobiła pierwsze kroczki, jeszcze przed świętami, co prawda, ale to i tak pięknie. Zobaczcie, jaki piękny szkrab, będzie miał tato roboty a roboty kijem jak niunia podrośnie, bo się będą chłopcy pchać drzwiami i oknami.

mała Izunia z torebką dużej Izuni

mała Izunia uwielbia swojego kotka...
...całkiem jak Elmirka z Animaniaków, nie wiem tylko czy kotek lubi ją tak samo...

Izunia ze swoją odmienioną mamą - pozdrawiam Monia i przesyłam buziaki

a to Izunia z "ciocią" Jenny


Jak to mówią Święta Święta i po Świętach. Jeszcze tylko fryzjer i czas wracać do Bursy. Nie potrafię się odważyć na wizytę u fryzjera w Turcji. Wiem, że to nie ręka i że odrosną, ale to ja będę musiała chodzić z tym, co mi na głowie zrobią.

Zakupiłam śliwki w czekoladzie of course, miętowe landrynki dla mojego ulubieńca ze Stambułu, pomimo tego, że wina i tak nie dostałam i raczej nie dostanę. I jeszcze dwa 'wkłady' do zamrażarki (tu znaczące mrugniecie jednym okiem wszyscy wiemy, o jakie wkłady chodzi). Tylko pierogów dla G brak… Czeka nas wycieczka do Polonezkoy na ten obiad Bogów.

Święta Bożego Narodzenia, cz. 2

Ja nie wiem jak u Was, ale ten dzień jest o jedzeniu i TV. To jest właśnie ten dzień, który się spędza z nosem w talerzu i przed telewizorem i to jest dla mnie naprawdę przyjemne. Nawet sałatka jarzynowa smakuje inaczej tego dnia. A mamy schab z sosem i ziemniaczkami to po prostu niebo w gębie.

W programie standardy takie jak Kevin czy Grizwaldowie, Grinch, Elf albo Niekończąca się opowieść, każdy marudzi, że znowu, a oglądalność nie spada. Najbardziej lubię trylogię w Święta Bożego Narodzenia, to jednak taki wzniosły film o bohaterach i jakoś nie da się go oglądać w normalny dzień. A ja chciałabym zwrócić uwagę na dwa filmy, które mnie poruszyły w te Święta: Stardust – Gwiezdny pył i Gladiator. Nie wiem czy widzieliście któryś z nich.

Stardust to bardzo lekki rodzinny film o spadającej gwieździe i trzech historiach splatających się z historią gwiazdy. Pierwszy wątek to 3 siostry czarownice, które potrzebują gwiazdy, aby móc odzyskać swój blask i piękno sprzed 200 lat. Drugi wątek to król, który umiera i wśród swoich 7 synów nie może znaleźć żadnego godnego odziedziczenia królestwa, jego naszyjnik strąca gwiazdę z nieba. Trzeci wątek to wątek Tristana i spadającej gwiazdy, którzy się w sobie zakochują. Przyjemne kino, dobra obsada, zabawne sceny. Dodam tylko, że film nakręcony jest na podstawie książki o tym samym tytule autorstwa Neila Gaimana. Poniżej trailer.




Gladiator to film, którego chyba nie muszę przedstawiać. Jest to historia Maximusa generała cesarstwa rzymskiego za czasów Marka Aureliusza, który swoim męstwem wsławił się na tyle, że umierający cesarz mianuje go swoim następcą i kontynuatorem swojej polityki. To rozzłościło Kommodusa – prawowitego następcę, na tyle, że mści się na Maximusie zabijając jego żonę i syna, jego samego również każe zabić. Ale nie udaje się, bo o czym byłby film. Film porusza kilka wątków, ale mnie zawsze porusza wątek miłości do rodziny. Maximus ma zawsze przy sobie malutka figurkę żony i syna (nie było jeszcze telefonów komórkowych a o iPhonach nikt nie marzył żeby moc przesyłać mmsy). W każdej chwili przez resztę filmu to, co robi jest podyktowane chęcią zemsty na oprawcy. Dopiero wtedy może w spokoju ducha odejść i spotkać ich 'tam, gdzie oni juz czekają na niego'. Ja nie wiem, ale ten film na mnie działa wręcz histerycznie a łzy leją się ciurkiem. I do tego ta muzyka, sami zobaczcie.





Chyba nie muszę mówić dlaczego tak bardzo lubię ten film...

Święta Bożego Narodzenia, cz. 1

Jestem kosmopolitką, bo jestem. Jestem obywatelką Europy, bo jestem. Ale wbrew wszelkim przekleństwom czynionym przez przeciwników UE i migracji, nie wyobrażam sobie innych Świąt Bożego Narodzenia niż te, które mam w domu co roku. Zapach choinki, smażonego karpia i czerwonego barszczu z grzybami to jednak niepowtarzalna atmosfera.

W tym roku zatęskniłam nawet za atmosferą w hipermarketach. Ja wiem, że wszystkich to denerwuje, bo świąteczne dekoracje i kolędy od Świąt Wszystkich Świętych to lekka przesada. Ale w Turcji nie ma ani piosenek świątecznych, ani śniegu za oknem, ani prawidłowej ideologii do ozdób świątecznych. Wiszą te Mikołaje, choinki, bombki, bo im wmówili, że to noworoczne ozdoby i nazwali zamiast Christmas to Noel… I szał zakupowy też jest, bo prezenty daje się na Nowy Rok. I szał wyprzedaży też jest, bo koniec roku. Więc prawie wszystko się zgadza, ale…

Jak mi napisała córka właściciela firmy, że po co ja do domu chcę jechać przecież tu też mogą być udane święta, no to mnie krew zalała. Bo ona była na takim spotkaniu jak była w Grecji i było tak miło… I nieważne, że nikt z moich klientów nie pracuje, ale przecież ja mogę robić co innego w tym czasie… Moje pytanie: co innego? Taka jest tu panuje mentalność…, ale o sposobie pracy i zarządzania w Turcji będzie już niedługo, bo jest o czym pisać.



widok z dworca w Bursie na Bursę, która rozpościera się u podnóża tej góry

Gemlik

minarecik

Yalova


prom



na Drugim Moście w Stambule

deser, a ja jak zwykle zapomniałam nazwy...

a to już Polska i podróż z Warszawy do Lublina






Do domu dotarłam w Wigilię rano. Choinka juz ubrana, większość potraw gotowa, pozostało mi tylko rozkoszować się atmosfera i cieszyć z pierwszej od miesiąca kąpieli w wannie (nie powiem… przyjemność to prawdziwa).

Jak tradycja każe raz Wigilia u nas, raz u babci, żeby było sprawiedliwie. Ten rok przypadł na babcię. Więc zanim pierwsza gwiazdka na niebie zaświeciła, spakowaliśmy karpia i słodkości z Turcji, żeby jeszcze zdąrzyć podłożyć prezent pod choinkę dla Bartusia i zjeść cukierki jak na prawdziwego Mikołaja przystało. 



choinka u dziadków

Bartek cieszy się z nart


Dzięki żonie mojego chrzestnego Uli na stole zawsze są tradycyjne potrawy i zawsze trzeba spróbować wszystkiego nie odkładając łyżki na stół, bo to przyniesie pomyślność w nowym roku. Najpierw opłatek: 



Kolęda na szczęście na zdrowie na ten nowy rok, żebyśmy byli weseli jak w niebie anieli, w nowym roku się spotkali i opłatkiem się łamali – tak się mówi u mnie. 
I przyznam szczerze, że długi czas to słyszałam od taty, babci, dziadka, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopiero jak przestali mówić ten wierszyk, to mi go zabrakło i chodził mi po głowie już od miesiąca.

Najpierw barszcz czerwony z uszkami z grzybami, potem karp smażony z ziemniakami, potem pierogi z kapusta i grzybami polane olejem konopnym, kasza z sosem grzybowym i olejem, bigos, a potem albo w międzyczasie, jak kto chce, bo na stole śledzie, sałatka i inne postne pyszności, łącznie z kompotem z suszu. A na koniec herbata i coś słodkiego… - brzmi turecko, więc był czas na baklavę, helvę i cevizli sucuk. 



mmm barszczyk z uszkami

mmm karpik smażony

mmmmm pierogi z kapustą i grzybami


A po kolacji prezenty. A w zasadzie prezenty dla Bartka, bo… tylko on był grzeczny w tym roku.

Po powrocie do domu: pidżama, wygodna pozycja, jakieś filmidło i lampka wina z dobrym serem. Być może średnio religijnie, być może niezgodnie z tradycja, ale rodzinnie, ciepło i przyjemnie, a przede wszystkim razem…

środa, 22 grudnia 2010

Konsulaty, wizy, pozwolenia

Niestety... biurokracji stało się zadość i w tym roku na Święta lecę sama.
Dlaczego? Odpowiem krótko, bo ta historia wciąż mnie jeszcze boli:
  • bo misja i brak czasu odpowiednio wcześniej
  • bo obowiązek podawania celu podróży przy wyjeździe oficera z kraju
  • bo umawianie spotkań w konsulatach
  • bo szał przedświąteczny
  • bo paszport miał 10 lat i 5 miesięcy
  • bo dokumenty muszą leżeć na biurku 3 dni
  • bo konsulaty to "państwo w państwie"
  • bo ja nie mam żadnych praw do niego...
Taki układ tych 8 czynników spowodował, że zabrakło nam 1 dnia na odebranie wizy. Wiza będzie w paszporcie jutro, a jutro i w Boże Narodzenie nie ma żadnego samolotu do Polski, ewentualnie przez Kijów, gdzie znów trzeba wizę, a nie ma czasu. Dlatego nie spędzimy ze sobą tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia. Zastanawiam się jak to będzie wyglądać w przyszłości. Póki co przebukuję jego bilet powrotny do TR na poświętach Wielkanocy i tym sposobem prawie na pewno będziemy w Polsce w kwietniu. A do TR wracam we wtorek i spędzimy ze sobą pierwszy wspólny wieczór sylwestrowy.

A tym czasem znowu pożegnanie na lotnisku w Stambule, hala odlotów już nigdy nie będzie mi się dobrze kojarzyć...

niedziela, 21 listopada 2010

Wybory 2010

21 listopada 2010 – wybory lokalne w Polsce, to pierwszy raz kiedy nie biorę w nich udziału…

Odkąd skończyłam 18 lat brałam udział we wszystkich wyborach i jestem z tego dumna, bo nikt nie może mi powiedzieć, że nie mam prawa marudzić na sytuację w kraju. Mam prawo marudzić i nawet nie można mi powiedzieć, że przecież na nich głosowałam to czemu marudzę – tego też nie można mi powiedzieć, bo nigdy nie marudzę na tych na których głosowałam.

Spędziłam kilka miesięcy studiując i pisząc eseje na temat zachowania się wyborców i tego czym się kierują oddając głos. I zawsze i wszędzie słyszę powtarzane jak mantra zdanie: nie wzięcie udziału w wyborach to też wybór polityczny ! Owszem, ale jak pytam jaka jest suma tego wyboru? To niestety nie ma już odpowiedzi. To nie referendum, żeby frekwencja miała rozstrzygające znaczenie, bo jak nie osiągniemy progu to opinia nieważna.

Przecież to tak jak z zakupami w sklepie, przecież nie jest mi obojętne który sok kupię, skoro mam jeden ulubiony. Mogę też nie pójść do sklepu, tylko wtedy sama sobie szkodzę, bo będę spragniona. Marketing polityczny czy nam się to podoba czy nie jest takim samym marketingiem politycznym. Ale to od nas zależy czy damy się nabrać na "kiełbasę wyborczą" i ładniejszy lub brzydszy uśmiech. Nigdy natomiast nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że praca marketingowca jest nieetyczna, to raczej my dajemy się nabrać na proste triki. Praca w marketingu jest jak każda inna. Tak samo lekarz ma obowiązek leczyć morderców, tak samo obrońca ma obowiązek bronić gwałciciela, tak samo marketingowiec czasem sprzedaje kłamcę albo kiepski towar.

Bardzo podoba mi się tegoroczna kampania społeczna "Idź i głosuj świadomie", która w pewien sposób do tego nawiązuje.

 








Więc życzę świadomych wyborów!

piątek, 5 listopada 2010

Historia Elisabeth

Ten wpis jest dedykowany Elisabeth i jej rodzinie. 

Bursa Mozaik Çalışma Grubu
Ostatni tydzień w Bursie zaczął się fatalnie. Wiadomości, które nadchodziły z Polski, przyprawiały mnie o mdłości, a ja sama bałam się pisać smsy. Coś mi jednak mówiło, że spotkanie w radzie miasta może odmienić moje życie w Bursie na długo i na dobre (pomimo tego, że już było dobrze). Więcej o samym spotkaniu we wpisie o Bursa Mozaik Çalışma Grubu. Na spotkaniu była też Elisabeth. Pierwsze wrażenie: spokojna, wyważona osoba, która siedziała przy końcu stołu, o prawdziwie amerykańskim uśmiechu, założycielka stowarzyszenia w Bursie, mama 4 dzieci i była nauczycielka angielskiego.

Kiedy wróciłam do domu na telefonie czekał na mnie sms i email na skrzynce od Elisabeth o tym, że nie zdążyła nas złapać po spotkaniu, ale że bardzo chciałaby nas zaprosić do stowarzyszenia. W ciągu jednej nocy wymieniłyśmy kilka maili i Elisabeth zmieniła się w naprawdę bliską mi osobę. Jest młoda i ambitna, nie boi się życia i wie jak czerpać z niego radość. Po przyjeździe do Bursy założyła międzynarodowe stowarzyszenie zrzeszające kobiety w Bursie, czyli BIWA.




Coffee

We wtorki BIWA organizuje spotkania przy kawie. Elisabeth naprawdę zależało, żebym na to spotkanie przyszła. Kiedy do mnie zadzwoniła nie byłam w stanie rozmawiać o kawie, ani tym bardziej porozmawiać z nową klubowiczką, która jest Polką. Kiedy powiedziałam Elisabeth co jest "nie tak", ona tylko zapytała czy może mi jakoś pomóc i w zasadzie mogła mi pomóc… Mogła zająć mi czas, żebym nie wpatrywała się w telefon oczekując na smsa. Poprosiłam o spotkanie następnego dnia i Elisabeth zaprosiła mnie do siebie, umawiając mnie najpierw na spotkanie z Debrą, żoną pastora kościoła protestanckiego w Bursie.

I have guest room… with bathroom

Kiedy Elisabeth i jej dzieciaki zobaczyli w jakim "opłakanym" jestem stanie, zaprosili mnie do siebie do domu na noc i kolejny dzień aż do momentu wyjazdu z Bursy do Stambułu. Opierałam się, bo to było znacznie za dużo ile mogłam przyjąć, a Elisabeth przekonywała: Mam pokój gościnny… z łazienką. Dałam się przekonać tylko ze względu na potencjalną imprezę i dziki tłum ludzi w mieszkaniu, w którym mieszkałam. Elisabeth zaoferowała mi kojący spokój i ciszę oraz zajęcie dla myśli. Jej dom w dzielnicy apartamentów to prawdziwy azyl dla całej 6 osobowej rodziny. Najpierw spędziłyśmy bardzo miły wieczór przy kurczaku curry, czekoladowym cieście i herbacie, gaworząc o życiu, dzieciach, małżeństwie, Bursie, jej problemach związanych z życiem w Turcji, moich przygodach w Anglii i o tym jak poznałam G. A następnego dnia Elisabeth wprowadziła mnie w plan dnia jej rodziny. Jej dzieci: Olivier, Martin, Madison i Gabriel znają płynnie 3 języki (może za wyjątkiem najmłodszego, który ma 2 lata): angielski, francuski i turecki, a najstarszy uczy się niemieckiego. Nie poznałam jej męża Nicolasa, który akurat był na konferencji. Elisabeth zabrała mnie i jej najmłodszego syna do domu stowarzyszenia BIWA, gdzie było miejsce do zabawy i czas na przekąskę. A kiedy wróciliśmy do domu na lunch, Gabriel chciał siedzieć tylko obok mnie i przekładał swoje jedzenie na mój talerz.

Ponieważ Madison miała umówioną wizytę u dentysty, a Elisabeth nie chciała, żebym siedziała w poczekalni i gapiła się w ścianę, więc podrzuciła mnie do swojej przyjaciółki Kate, która właśnie prowadziła zajęcia z patchworku. Na zajęciach zrobiłam "jojo" i zaprojektowałam kocyk dla dzieciaków, który mogłaby zrobić Kate na zajęciach w swojej szkole, a Elisabeth sprzedać pozyskując pieniądze na cele stowarzyszenia BIWA (projekt pokażę później).

Na koniec tego dnia w paralelnym świecie Bursy, Elisabeth pomogła mi zaplanować dalszą część powrotu do domu i zawiozła mnie na prom do Mudanyi, dokładnie tam gdzie jadłam mój pierwszy business lunch z klientami z Polski.

Gabriel keeps asking about you…

…takiego smsa dostałam od Elisabeth, kiedy już wylądowałam w Polsce. I jak tu nie wierzyć w jakąś siłę wyższą, która mnie wypchnęła z domu i wysłała na spotkanie z przedstawicielką rady miasta. Mam nadzieję spotkać tę niesamowitą rodzinkę zaraz po moim powrocie do Bursy, który planuję na około 20 listopada.

niedziela, 31 października 2010

Tydzień w Bursie

Ostatni tydzień w Bursie nauczył mnie życia lepiej niż całe 25 lat do tej pory. To był tydzień, który chciałabym zapomnieć ze względu na to co się wydarzyło, a jednocześnie zapamiętać ze względu na to ile historii splotło się z moją, ile życzliwych osób spotkałam na swojej drodze.

Tydzień zakończył się powrotem do Polski, do domu. Czy wrócę do Bursy? Oczywiście, że wrócę, ale za jakiś czas.

sobota, 30 października 2010

"Czym pachnie sobota?"

Nie potrafię napisać nic więcej... Dziś będzie autoplagiat z innego mojego bloga "in flagrante delicti", z 4 września 2010.

"Dziś jest sobota. Sobota jest tym szczególnym dniem, który pachnie i ma wygląd. Podobnie jak niedziela pachnie rosołem i potrawką z kurczaka, tak sobota pachnie szarlotką i plakiem samochodowym.

Sobota od zawsze kojarzy mi się z wyjazdem do domu babci i dziadka, gdzie moja mama przygotowywała szarlotkę z kruszonką, a w czasie kiedy szarlotka piekła się, moja mama kąpała mnie. Kiedy proces mycia moich długich do pasa włosów dobiegał końca, zawinięta w ręcznik lądowałam w pokoju z telewizorem obok mojego taty, który zawsze oglądał "Wielką Grę" z nieśmiertelną Stanisławą Ryster. Zapach szarlotki unosił się w całym domu i już nikt nie wyobrażał sobie innej kolacji niż porcja świeżego ciastka z ciepłym mlekiem prosto od krowy.

Z upływem czasu zmienił się też zapach i wygląd soboty. Miejsce wyjazdów do domu na wsi zajęły spotkania z rówieśnikami, a sobota zapachniała zupełnie inaczej. Ładna pogoda i plany na wieczór zaowocowały sobotnim myciem samochodu razem z tatem. I odkąd pamiętam to zawsze wyglądało tak samo: to samo miejsce, te same czynności, i ten sam zapach, a na koniec ten sam widok połyskującego w słońcu lakieru.

Dziś znów pojechaliśmy umyć samochody. I znów wszystko było tak samo, z kilkoma różnicami, plak był o zapachu cytrynowym, myliśmy dwa samochody: mój i jego, a ja tym razem byłam wszystkiego tego najzupełniej świadoma. I tak na prawdę tym razem efekt umytego samochodu nie był tak wartościowy jak samo mycie samochodu w towarzystwie mojego taty.

Ta świadomość przywołała pewne skojarzenie z zamieszczoną poniżej piosenką Kate Bush. Bardzo ją lubię i myślę że w piękny sposób oddaje relacje między mną a moim tatem, pomimo tego, że Kate Bush gra w teledysku syna.

Życzę miłego oglądania!

"

Dzisiejsza sobota pachniała szpitalem.