Blog dostępny również pod adresem izabelaszmit.wordpress.com
(dostęp do serwisu blogspot został częściowo utrudniony w Turcji)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lutego 2011

„Muhteşem yüzyıl”, odc. 8, okrutna Hürrem

Kolejny odcinek i kolejne próby trucia, wątki miłosne się rozkręcają, a nienawiść zbiera żniwo... jak to w pałacach bywa.Odcinek zaczyna się kiedy Hürrem poddusza swoją przyjaciółkę Marię nawróconą na islam. Dlaczego?

czwartek, 24 lutego 2011

Zakon wirujących derwiszy

Szybka akcja po pracy... kilka smsów i już idziemy zobaczyć pokaz wirujących derwiszów... A po takiej akcji ja jak zwykle siadam do komputera i wyszukuję jak najwięcej interesujących informacji na temat, bo zawsze można wiedzieć więcej.

piątek, 18 lutego 2011

"Hür Adam", czyli wolny człowiek

Trochę z opóźnieniem, ale lepiej późno niż wcale... Na początku stycznia do kin wszedł jeden z najgłośniejszych filmów tureckich. Przez 2 tygodnie wypracował sobie 2. pozycję w tureckim box office. O czym właściwie jest ten film?

wtorek, 8 lutego 2011

Cumalıkızık, czyli śniadanie po wiejsku

Ostatni weekend to był piewszy naprawdę słoneczny, ciepły i niedepresyjny weekend w Bursie. Może specjalnie na moje urodziny, może na zaręczyny, nie wiem, ale zapowiadało się pięknie, więc na sobotę zaplanowaliśmy śniadanie w górskiej wiosce.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

"Muhteşem yüzyil", odc. 2

To był prawdziwy skandal !!! W skrócie w 2 odcinku mojego ulubionego serialu Sulejman przez dwa dni nie wychodził z łóżka… Nawet Gokhan się wściekł… Jak tak można państwem zarządzać w jego najlepszym okresie? A było tak…

środa, 12 stycznia 2011

„Muhteşem yüzyıl” odc. 1, czyli o przodkach tylko w superlatywach

Turecka telewizja Show TV rozpoczęła 5 stycznia emisje nowego serialu pod tytułem 'Muhteşem yüzyil' (Wspaniały wiek). Produkcja opowiada, powiedzmy sobie szczerze historie (po)życia intymnego jednego z wybitniejszych sułtanów, Sulejmana Wspaniałego oraz jego haremu.

środa, 29 grudnia 2010

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia, cz. 3

I to też jest dzień o jedzeniu i TV. Tylko z tą różnicą, że już się nikomu nie chce ruszyć do lodówki, żeby cos przynieść, a w TV lecą powtórki powtórek.

pieczone kasztany też były

Ja napiszę o nowinie, która mnie wprawiła w radość przeogromną – mianowicie moja imienniczka zrobiła pierwsze kroczki, jeszcze przed świętami, co prawda, ale to i tak pięknie. Zobaczcie, jaki piękny szkrab, będzie miał tato roboty a roboty kijem jak niunia podrośnie, bo się będą chłopcy pchać drzwiami i oknami.

mała Izunia z torebką dużej Izuni

mała Izunia uwielbia swojego kotka...
...całkiem jak Elmirka z Animaniaków, nie wiem tylko czy kotek lubi ją tak samo...

Izunia ze swoją odmienioną mamą - pozdrawiam Monia i przesyłam buziaki

a to Izunia z "ciocią" Jenny


Jak to mówią Święta Święta i po Świętach. Jeszcze tylko fryzjer i czas wracać do Bursy. Nie potrafię się odważyć na wizytę u fryzjera w Turcji. Wiem, że to nie ręka i że odrosną, ale to ja będę musiała chodzić z tym, co mi na głowie zrobią.

Zakupiłam śliwki w czekoladzie of course, miętowe landrynki dla mojego ulubieńca ze Stambułu, pomimo tego, że wina i tak nie dostałam i raczej nie dostanę. I jeszcze dwa 'wkłady' do zamrażarki (tu znaczące mrugniecie jednym okiem wszyscy wiemy, o jakie wkłady chodzi). Tylko pierogów dla G brak… Czeka nas wycieczka do Polonezkoy na ten obiad Bogów.

Święta Bożego Narodzenia, cz. 2

Ja nie wiem jak u Was, ale ten dzień jest o jedzeniu i TV. To jest właśnie ten dzień, który się spędza z nosem w talerzu i przed telewizorem i to jest dla mnie naprawdę przyjemne. Nawet sałatka jarzynowa smakuje inaczej tego dnia. A mamy schab z sosem i ziemniaczkami to po prostu niebo w gębie.

W programie standardy takie jak Kevin czy Grizwaldowie, Grinch, Elf albo Niekończąca się opowieść, każdy marudzi, że znowu, a oglądalność nie spada. Najbardziej lubię trylogię w Święta Bożego Narodzenia, to jednak taki wzniosły film o bohaterach i jakoś nie da się go oglądać w normalny dzień. A ja chciałabym zwrócić uwagę na dwa filmy, które mnie poruszyły w te Święta: Stardust – Gwiezdny pył i Gladiator. Nie wiem czy widzieliście któryś z nich.

Stardust to bardzo lekki rodzinny film o spadającej gwieździe i trzech historiach splatających się z historią gwiazdy. Pierwszy wątek to 3 siostry czarownice, które potrzebują gwiazdy, aby móc odzyskać swój blask i piękno sprzed 200 lat. Drugi wątek to król, który umiera i wśród swoich 7 synów nie może znaleźć żadnego godnego odziedziczenia królestwa, jego naszyjnik strąca gwiazdę z nieba. Trzeci wątek to wątek Tristana i spadającej gwiazdy, którzy się w sobie zakochują. Przyjemne kino, dobra obsada, zabawne sceny. Dodam tylko, że film nakręcony jest na podstawie książki o tym samym tytule autorstwa Neila Gaimana. Poniżej trailer.




Gladiator to film, którego chyba nie muszę przedstawiać. Jest to historia Maximusa generała cesarstwa rzymskiego za czasów Marka Aureliusza, który swoim męstwem wsławił się na tyle, że umierający cesarz mianuje go swoim następcą i kontynuatorem swojej polityki. To rozzłościło Kommodusa – prawowitego następcę, na tyle, że mści się na Maximusie zabijając jego żonę i syna, jego samego również każe zabić. Ale nie udaje się, bo o czym byłby film. Film porusza kilka wątków, ale mnie zawsze porusza wątek miłości do rodziny. Maximus ma zawsze przy sobie malutka figurkę żony i syna (nie było jeszcze telefonów komórkowych a o iPhonach nikt nie marzył żeby moc przesyłać mmsy). W każdej chwili przez resztę filmu to, co robi jest podyktowane chęcią zemsty na oprawcy. Dopiero wtedy może w spokoju ducha odejść i spotkać ich 'tam, gdzie oni juz czekają na niego'. Ja nie wiem, ale ten film na mnie działa wręcz histerycznie a łzy leją się ciurkiem. I do tego ta muzyka, sami zobaczcie.





Chyba nie muszę mówić dlaczego tak bardzo lubię ten film...

Święta Bożego Narodzenia, cz. 1

Jestem kosmopolitką, bo jestem. Jestem obywatelką Europy, bo jestem. Ale wbrew wszelkim przekleństwom czynionym przez przeciwników UE i migracji, nie wyobrażam sobie innych Świąt Bożego Narodzenia niż te, które mam w domu co roku. Zapach choinki, smażonego karpia i czerwonego barszczu z grzybami to jednak niepowtarzalna atmosfera.

W tym roku zatęskniłam nawet za atmosferą w hipermarketach. Ja wiem, że wszystkich to denerwuje, bo świąteczne dekoracje i kolędy od Świąt Wszystkich Świętych to lekka przesada. Ale w Turcji nie ma ani piosenek świątecznych, ani śniegu za oknem, ani prawidłowej ideologii do ozdób świątecznych. Wiszą te Mikołaje, choinki, bombki, bo im wmówili, że to noworoczne ozdoby i nazwali zamiast Christmas to Noel… I szał zakupowy też jest, bo prezenty daje się na Nowy Rok. I szał wyprzedaży też jest, bo koniec roku. Więc prawie wszystko się zgadza, ale…

Jak mi napisała córka właściciela firmy, że po co ja do domu chcę jechać przecież tu też mogą być udane święta, no to mnie krew zalała. Bo ona była na takim spotkaniu jak była w Grecji i było tak miło… I nieważne, że nikt z moich klientów nie pracuje, ale przecież ja mogę robić co innego w tym czasie… Moje pytanie: co innego? Taka jest tu panuje mentalność…, ale o sposobie pracy i zarządzania w Turcji będzie już niedługo, bo jest o czym pisać.



widok z dworca w Bursie na Bursę, która rozpościera się u podnóża tej góry

Gemlik

minarecik

Yalova


prom



na Drugim Moście w Stambule

deser, a ja jak zwykle zapomniałam nazwy...

a to już Polska i podróż z Warszawy do Lublina






Do domu dotarłam w Wigilię rano. Choinka juz ubrana, większość potraw gotowa, pozostało mi tylko rozkoszować się atmosfera i cieszyć z pierwszej od miesiąca kąpieli w wannie (nie powiem… przyjemność to prawdziwa).

Jak tradycja każe raz Wigilia u nas, raz u babci, żeby było sprawiedliwie. Ten rok przypadł na babcię. Więc zanim pierwsza gwiazdka na niebie zaświeciła, spakowaliśmy karpia i słodkości z Turcji, żeby jeszcze zdąrzyć podłożyć prezent pod choinkę dla Bartusia i zjeść cukierki jak na prawdziwego Mikołaja przystało. 



choinka u dziadków

Bartek cieszy się z nart


Dzięki żonie mojego chrzestnego Uli na stole zawsze są tradycyjne potrawy i zawsze trzeba spróbować wszystkiego nie odkładając łyżki na stół, bo to przyniesie pomyślność w nowym roku. Najpierw opłatek: 



Kolęda na szczęście na zdrowie na ten nowy rok, żebyśmy byli weseli jak w niebie anieli, w nowym roku się spotkali i opłatkiem się łamali – tak się mówi u mnie. 
I przyznam szczerze, że długi czas to słyszałam od taty, babci, dziadka, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopiero jak przestali mówić ten wierszyk, to mi go zabrakło i chodził mi po głowie już od miesiąca.

Najpierw barszcz czerwony z uszkami z grzybami, potem karp smażony z ziemniakami, potem pierogi z kapusta i grzybami polane olejem konopnym, kasza z sosem grzybowym i olejem, bigos, a potem albo w międzyczasie, jak kto chce, bo na stole śledzie, sałatka i inne postne pyszności, łącznie z kompotem z suszu. A na koniec herbata i coś słodkiego… - brzmi turecko, więc był czas na baklavę, helvę i cevizli sucuk. 



mmm barszczyk z uszkami

mmm karpik smażony

mmmmm pierogi z kapustą i grzybami


A po kolacji prezenty. A w zasadzie prezenty dla Bartka, bo… tylko on był grzeczny w tym roku.

Po powrocie do domu: pidżama, wygodna pozycja, jakieś filmidło i lampka wina z dobrym serem. Być może średnio religijnie, być może niezgodnie z tradycja, ale rodzinnie, ciepło i przyjemnie, a przede wszystkim razem…

niedziela, 19 grudnia 2010

Christmas afternoon

zaproszenie
Święta za pasem, więc wspólnie z Lerą postanowiłyśmy zorganizować imprezkę świąteczną dla stażystów i AIESECerów. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Kiedy wysłałyśmy zaproszenie wprawdzie niewiele osób odpisało, ale na spotkaniu stawiło się ponad 40 osób.

Plan był taki aby po krótce opowiedzieć czym są Święta Bożego Narodzenia. Więc przygotowałyśmy trzy prezentacje: ja o Świętach w Polsce (katolickie), Lera o Świętach w Rosji (prawosławne), Jana o Świętach w Czechach (ateizm). Znalazłam kilka śmiesznych filmików związanych z Bożym Narodzeniem.

Lera zajęła się sekcją jedzenia. I tak mieliśmy herbatę, pomarańcze, mixy orzeszkowo - rodzynkowe i ciasto upieczone przez Janę. Boska sielanka. I w czasie kiedy my prowadziłyśmy swoje prezentacje, AIESECerzy przygotowywali, herbatę i całą resztę, a na koniec do jedzonka posłuchaliśmy świątecznych przebojów radiowych.

Naprawdę wyszło bardzo przyjemnie...

 

Nie pozostaje mi nic innego jak tylko życzyć wszystkim Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!!!

środa, 15 grudnia 2010

5 minaretów w Nowym Yorku

W jedną z sobót razem z G udaliśmy się do kina na turecko-amerykański film akcji, z prawdziwie turecką fabułą i zupełnie po turecku. Film spodobał mi się już kiedy widziałam trailer będąc w kinie ostatnim razem na 'Jedz, módl się i kochaj'. I nie myliłam się, dobre kino akcji, nie wiem na ile realne, bo o to trzeba byłoby spytać E, który jest policjantem w Turcji.

Uwaga !!! Poniżej opisuje cały film, wiec jeżeli ktoś chce najpierw obejrzeć, niech nie czyta.

Dwóch policjantów (jeden dobry, drugi zły) zostają wysłani do Nowego Yorku, gdzie właśnie ujęto szefa organizacji terrorystycznej - Hadż. Mają go przesłuchać i przetransportować do Turcji. Dobry policjant coś podejrzewa. Podczas transportu po Nowym Yorku dochodzi do sfingowanego wypadku i domniemany terrorysta ucieka w rąk policji. W międzyczasie córka Hadż wychodzi za mąż, żeby było bardziej skomplikowanie za chrześcijanina, aaa bo żona Hadż to tez chrześcijanka – ma na imię Maria i nosi krzyż na szyi. Wiec Hadż ogląda ślub dzięki telefonom komórkowym, bo musi sie ukrywać, w końcu ściga go cała policja Nowego Yorku. Dwaj policjanci po próbie działania na własną rękę, wpakowali się w zasadzkę i związani stają przed obliczem Hadż. A ten postanawia po ludzku ich nawrócić i udowodnić że nie jest żadnym szefem terrorystów tylko normalnych pobożnym muzułmaninem. I wtedy ten zły policjant przechodzi na ciemna stronę mocy i decyduje się pomóc Hadż w ucieczce, ale w tym samym czasie na wierzch wypływa jeszcze jeden wątek filmu i dobry policjant pod pretekstem pomocy oddaje Hadż prosto w ręce policji… Po ekstradycji do Turcji i wielogodzinnych przesłuchaniach, Hadż zostaje oczyszczony z zarzutów, ponieważ okazało się że zmienił nazwisko i niefortunnie było to nazwisko szefa grupy terrorystycznej. Wtedy obaj policjanci, Hadż i Maria jadą do Bitlis - rodzinnej miejscowości Hadż i dobrego policjanta. Wszyscy udają sie do domu rodzinnego Hadż a tam jego matka prawie ślepa nie poznaje go na początku. A dobry policjant odwiedza swojego dziadka i mówi mu kogo przywiózł. Ważne jest tez to, że przez cały czas dobry policjant komunikuje się ze swoim dziadkiem informując go o tym że jedzie do NY i po co tam jedzie. Kiedy już sielanką zalatuje z każdego zakątka kadru, na scenę wkracza dziadek dobrego policjanta z pistoletem i strzela do Hadż, a zły policjant strzela do dziadka. Wszyscy żywi i nie żywi padają na ziemie i płaczą. Bo dziesiąt lat temu starszy brat Hadż w tym miasteczku zastrzelił ojca dobrego policjanta i zmusił Hadż do wzięcia pistoletu, aby zatrzeć ślady i zdjąć winę z siebie, bo najmłodszego nikt nie będzie winić. Po tym wydarzeniu Hadż musiał uciekać z miasteczka, zmienić nazwisko i wyjechać do Nowego Yorku.

Teraz wszystko rozumiecie?

No więc, o czym w zasadzie jest ten film?

  1. O wypaczonych poglądach niektórych grup religijnych w islamie – w filmie pokazana jest grupa religijna, która nie ma na celu terroryzmu, ale jednocześnie z odłamu tej grupy rodzi sie ugrupowanie nacjonalistyczno-muzułmańskie, którego domniemanym szefem jest Hadż.
  2. O tolerancji, jaką reprezentuje islam – małżeństwo chrześcijanki z muzułmaninem nie stanowi żadnego problemu, bo względna tolerancja zakłada że religia przechodzi z ojca na dzieci (taki mały trik), ale kolejne małżeństwo muzułmanki i chrześcijanina też okazuje się możliwe (co ja zakładałam za niedopuszczalne – cóż tylko świnia nie zmienia poglądów)
  3. O zemście krwi, która w dalszym ciągu na wschodzie kraju zbiera swoje żniwo – w rozmowach normalni ludzie mogą próbować koloryzować rzeczywistość, bo Turcja się zmienia i unowocześnia, ale jeżeli taki wątek pojawia się we współczesnym filmie, to według mnie musi coś w tym być.
Warto jeszcze wspomnieć że tytuł filmu nawiązuje do starej tureckiej piosenki '5 minaretów w Bitlis', a to z kolei rodzinna miejscowość Hadż i policjanta. Swoją drogą miał facet pecha, na siedemdziesiąt parę milionów Turków trafił na tego samego policjanta i to do tego w Nowym Yorku. Never underestimate the role of coincidance in your life…

Trailer i teledysk piosenki poniżej.




 

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Boże Narodzenie w islamie

Trochę to straszne, trochę to smutne, a trochę zabawne, do czego doprowadziła globalizacji Bożego Narodzenia na całym świecie.

Co roku okres przedświąteczny przypomina wyścig centrów handlowych, które prześcigają się, które pierwsze wystawi towary świąteczne na sprzedaż i które szybciej i ładniej udekoruje budynek. I kiedy tylko, że sklepów zniknął znicze i chryzantemy, a czasem nawet wcześniej pojawiają się sie choinki, bombki, świecidełka, śpiewające mikołaje i cały ten bezpłciowy stragan. A wszystko po to żeby sprzedaż była większa niż w zeszłym roku, żeby konsument zdąrzyl kupić więcej prezentów przed świętami, żeby zamknąć rok dobrym wynikiem finansowym. I tak kreci sie ta machina marketingowa, a my wyglądamy jak te chomiki w kółeczku – im szybciej biegniemy tym szybciej napędzamy ten wehikuł, ale żebyśmy byli przez to bliżej celu… nie sadze.

Nie będę ściemniać, że mnie tez to nie urzekło w pewnym momencie, ale zauważyłam różnice po wyjeździe do Anglii… tak… emigracja… To najlepsze lekarstwo, jeżeli święta przestały Was cieszyć a zamieniły sie w koszmar nocy letniej. Pamiętam jak w Anglii zaczęło robić się zimowo, a w centrach handlowych świątecznie, a ja w swoim pokoiku i jedyne czym się karmiłam to wspomnienia poprzednich lat. Potem juz nawet gotowanie uszek albo ubieranie choinki ma inny smak. A po przyjeździe najważniejsze staje się to, że kolejny raz wszyscy zasiada do wigilijnego stołu w niezmienionym składzie, żeby pogadać o tym jak to drzewiej bywało. W Boże Narodzenie po raz kolejny obejrzymy Kevina albo Sami swoi, podelektujemy sie dobrym winem z taty kolekcji, ktoremu zawsze towarzyszy ser pleśniowy. W cieple z lodówka pełną pyszności i migającymi światełkami spędzimy białe Boże Narodzenie.

Zamiast wymyślnych i nieprzydatnych prezentów – książki, a zamiast imprez na 50 osób - odwiedziny u najbliższych, albo cieple zacisze domowe. Takie są właśnie moje święta.

Pobyt w Anglii dał mi do myślenia, ale dopiero Turcja pokazała mi pewne absurdy. Dekoracje świąteczne w kraju muzułmańskim? Reklamy w radio z melodią Jingle Bells? Czerwone mikołaje, złote dzwoneczki? Tylko stajenki przed ratuszem brak.

Najzabawniejsze jest to, że my tak naprawdę nie mamy nic w zamian na Ramadan i Kurban Bayrami. Dlaczego? Bo te dwa święta są o byciu z rodzina i dzieleniu się tym, co mam z bliskimi i biednymi, w myśl jednej z zasad wiary – jałmużna. Nawet przygotowywane potrawy są takie jak na codzień. Prawdopodobnie nawet niewiele osób nie-muzułman wie jakie święta obchodzi sie w świecie islamu i jak wyglądają takie święta, natomiast prawdopodobnie cały świat wie o Bożym Narodzeniu. Dlaczego? Bo to dobry chwyt marketingowy, żeby cos sprzedać.

Nie można wszystkiego uogólniać, nie wszystkie miejsca i ozdoby są świąteczne, czasem to kwestia samego Nowego Roku. W Turcji jest zwyczaj dawania prezentów na Nowy Rok. I cały ten szał, który teraz jest w centrach handlowych to wyprzedaże na koniec roku i gorączka prezentowa. Co nie zmienia faktu, że i tak czuję się trochę absurdalnie kiedy widzę mikołaje na wystawach i migające dekoracje…


o proszę... choineczka do kupienia

a to Zafer Plaza

_______________________________________________________________

Teraz trochę o pogodzie…

Ktoś mi zazdrościł ciepła… Mówiłam, że i mi wyłączą. I wyłączyli w ostatni piątek.

Jak wychodziłam do pracy było 17 stopni i kropił deszcz, a jak dojechałam do pracy temperatura spadła do 5 a za oknem sypał śnieg coraz gęstszy coraz gęstszy. A ja w balerinach i jesiennym płaszczyku. Po pracy pojechałam kupić botki (na szczęście jest Deichmann i w miarę dobre buty za 50 TL). A kiedy kolejnego dnia jechaliśmy z G do Stambułu, tereny poza miastem były cale pokryte około 10 cm śniegu. W samym Stambule Bosfor zamknięty dla żeglugi, sztorm i śnieg z deszczem. A kolejnego dnia słońce. Dziś natomiast jest 0 stopni a za oknem tak jak na zdjęciach.


ja na promie... jak na dworcu w Kielcach :D


a to już niedziela, tylko tak ładnie wyglądała

a to już moja Bursa na wzgórzu, na prawdę wygląda ślicznie

bielusieńko

a to widok ode mnie z pracy

piątek, 10 grudnia 2010

Turecka cierpliwość

Od tego momentu tak zacznę określać stan, jaki opanowałam w umiejętności oczekiwania na wszystko, na co można tylko czekać. Tak… uwierzcie mi tutaj czas płynie wolnej a zegary trącą na znaczeniu.

Od początku podejrzewałam, że coś jest nie tak, ale dopiero teraz wszystko sie okazało.

Wszystko zaczęło sie od naszej przeprowadzki. Nie wspomnę o tym, że w zasadzie nikt oprócz I nie pomagał L szukać nowego mieszkania dla nas. W Turcji nieważne kto, nieważne co, ważne kiedy. Krotko mówiąc jak sam nie zrobisz to zrobione nie będzie. Może to trochę wina naszej chłodnej mentalności, może chłodnego klimatu. Jedno jest pewne przeżyłam prawdziwy szok kulturowy 3 miesiące po przyjeździe, kiedy juz myślałam ze wszystko wiem i nic mi nie jest straszne.

Nie dziwi mnie brak pomocy przy poszukiwaniach mieszkania, bo większość z nich to jeszcze dzieci i bali sie sytuacji, ze poprosimy kogoś żeby podpisał umowę (czasem agencja nieruchomości wymaga potwierdzenia umowy przez obywatela tureckiego). Na szczęście nie było takiej potrzeby. I kiedy U i A poszli z nami zobaczyć juz wynajęte mieszkanie i pomóc przetłumaczyć umowę obiecali wszechstronna pomoc kolejnego dnia. Rozochocone z L ze nie będziemy musiały szorować kolejnego mieszkania same, postanowiłyśmy poczekać na pomoc, a tymczasem spędzić ostatnią nieprzyjemną noc w starym mieszkaniu.

W środę po pracy do pomocy stawiło się 3 pomocników - S, B I Y. Muszę przyznać że po prostu wspaniale zadziałaliśmy. Ja – łazienka, L – kuchnia, a nasza dziarska trójka dwa pokoje. Kolejnego dnia zostawiłam klucze, aby nasze anioły mogły działać, kiedy my pracujemy. A jak wróciłam do mieszkania to kazano mi zdjąć buty przed wejściem do własnego mieszkania!!! Bomba!!! Pomyślałam i przypomniało mi sie jak chłopaki marudzili na AIESEC, ale zupełnie nie rozumiałam dlaczego. Poduszki, firanki, narzuty i wszystko, co można uprać zostało podzielone miedzy tych, którzy mają pralki, odkurzacz pożyczyła nasza nowa sąsiadka z naprzeciwka, a cala reszta zrobiona własnymi rekami i środkami.

Pozostało tylko kupić znalezioną pralkę, zaaplikować o Internet, uprać dywany I zgłosić agencji niedziałający piecyk. I wszystko to miałyśmy obiecane w pakiecie u aiesecerów. Wiec cóż nam pozostało – cierpliwie czekać na efekty. W piątek wzięłam pół dnia wolnego, żeby załatwić Internet i… tu zaczęły sie schody.

Najpierw okazało się, że jedyny operator telefonii stacjonarnej proponuje nam Internet, ale będziemy musiały bulić 20 lira miesięcznie za telefon, którego nie użyjemy ani razu, co w rezultacie da 200 TL za nic. W życiu!!! I nikt nie zna innego operatora, który nie wymaga linii telefonicznej w mieszkaniu. A jak pytam o tego, który wiem że nie wymaga to nikt nie wie, o czym mówię, wściec się można. Dopiero w pracy mądre głowy powiedziały mi, ze jest dwóch, ale musze zapytać czy w tej dzielnicy ktoś juz ma, żeby można było tylko podłączyć. I co? Nie ma. Nadal pozostaje kwestia operatora, którego ja chcę, ale nikt mi nie potrafi powiedzieć.

Mija piątek. W sobotę jadę z L do niej do pracy żeby spotkać sie z właścicielem i ustalić godziny lekcji z angielskiego, których mam mu udzielać oczywiście za pieniądze. Umówione na rano spotkanie odbywa sie z bagatela 3 godzinnym opóźnieniem!!! Kiedy już sie dogadujemy i wracamy do domu na zegarku 3 popołudniu, dzień poleciał a nadal nic nie zrobione i brak firanek w oknach, czasem można poczuć sie jak na czerwonej ulicy, a telefony aiesecerów powoli milkną.

Wieczorem same idziemy do biura firmy, która zapewnia Internet i dowiadujemy sie wszystkiego, o co pytamy za pomocą Google translate (cudo a nie wynalazek!!!) Okazuje się, że możemy mieć Internet z tej firmy za koszt, o jakim rozmawiałyśmy i do tego telewizję kablową – życie nabiera barw.

W niedziele z rozpaczą w smsach wzywamy B żeby w końcu ktoś z nami poszedł i przetłumaczył, co chcemy powiedzieć człowiekowi od naszego fantastycznego automatu. Ustalamy, że w poniedziałek pralka będzie u nas z roczną gwarancją, transportem i podłączeniem w cenie! No to jest serwis.

Zostawiam swoje klucze z nadzieją, że jutro obudzę sie w nowym lepszym świecie z Internetem i pralką a tymczasem budzę sie w Turcji… gdzie czas płynie wolno i jak nie wywrę presji na innych to tak jakbym nic nie chciała i nikt mi nic nie obiecał.

Internetu nie ma, bo znów kwestia podpisu, a sprzedawca pralki przekładał termin instalacji aż do środy. Wyobraźcie sobie mnie w tej sytuacji… Ja, która zawsze mam wszystko zrobione już, albo wczoraj, czekam tydzień bez żadnej pewności że nie będę czekać kolejnego. A po drugie ja, córka mojego taty, który słynie z cholerycznego charakteru… Krótko mówiąc zrobiłyśmy rozróbę jakich mało. Koniec końców obie wzięłyśmy wolne na środę żeby zmienić adres w papierach na policji. I tak sie spięłyśmy, ze załatwiłyśmy i Internet i pralkę jeszcze przed 6 wieczorem.

Do oddziału operatora wystarczyło tylko pójść, tak jak do sprzedawcy pralki. Jeszcze tego samego dnia zrobiłyśmy pierwsze pranie, które w końcu było czyste, bo poprzednia pralka trochę nas oszukiwała przez 4 godziny cyklu! Do tego pranie jest prawie suche! W końcu Bosch to Bosch.

W międzyczasie musze przyznać sie, że podczas tego tygodnia napisałam kilka niemiłych smsów i maili, ale ile można czekać na brak odpowiedzi nawet na smsa. Jak się okazało całe to zamieszanie wyszło wszystkim na zdrowie. W środę zwołano wielkie spotkanie wszystkich MT i przedstawicieli AIESEC- Bursa. Wściekłam sie, mam iść na spotkanie i pierdaczyć o głupotach, podczas gdy w domu nic nie zrobione, bo wszyscy obiecują gwiazdy z nieba, a jak pytam, kiedy to nie ma odpowiedzi.

Ale poszłam… Na spotkaniu A, U, B I R zapytali, wprost czego od nich oczekujemy. Wszyscy zamilkli, podczas gdy ja zaczęłam mówić… zarządzania swoim czasem w sposób realny i nie obiecywania pomocy, jeżeli nie zamierza sie jej udzielić, bo sama mogę więcej, ale jeżeli wiem ze mam to zrobić sama a nie czekam i nic nie robię przez tydzień. Moja wypowiedź trwała w sumie około pół godziny, ale po skończeniu nikt nie miał nic więcej do dodania, tylko wszyscy przytaknęli. A aiesecerzy zapisali symbolicznie nasze przemyślenia. Poczułam sie spełniona…

Po spotkaniu nawet udaliśmy sie na herbatkę. I wtedy stało sie cos pięknego zadzwonił mój telefon a tam mój miły oznajmił że jest w Bursie. To był prawdziwy dzień Beckhama (jak to nazywa L).

Warto tu jeszcze wspomnieć o zmianie adresu na policji, bo ta sytuacja przyprawiła mnie o przekrwienie gałek ocznych. Najpierw umówiliśmy sie w biurze o 13, ale o chęci zmiany adresu poinformowałam odpowiednia osobę 5 dni wcześniej, żeby był czas przygotować dokumenty. Moje myślenie nie spotkało się z żadną reakcja. Na domiar złego S stawił się w biurze godzinę później a na moje smsy w ogóle nie odpowiedział. Biuro opuściliśmy o 14:25, przypomnę ze policja jest czynna tylko do 17, a z nami są jeszcze AS i J żeby aplikować o pozwolenie na pobyt. One zmarnowały juz jeden dzień, bo S też się spóźnił i było już za późno jechać. To jakaś kpina!!! Wiec prawie biegniemy do metra. I wtedy S wyciąga kartkę i przygotowuje pismo informujące o zmianie adresu… Po prostu no comment… I jeszcze mówi, że to moja wina, bo ja chciałam szybko wyjść z biura. Zabić go to mało…

To po to ja myślę kilka dni do przodu, żeby on miał wszystko tam gdzie wielbłądy jednogarbne mają to, co dwugarbne mają w drugim garbie (kto pierwszy zgadnie, co to za miejsce, dostanie prezent, serio mówię).

A na posterunku bardzo miły pan mundurowy za biurkiem oznajmia nam, że jakbyśmy chciały jeszcze raz zmienić adres i umiemy gotować, to możemy sie wprowadzić do niego. I z całą pewnością chodzi tylko o gotowanie…

Tym optymistycznym akcentem zakończę na dziś.