Blog dostępny również pod adresem izabelaszmit.wordpress.com
(dostęp do serwisu blogspot został częściowo utrudniony w Turcji)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 lutego 2011

Zakon wirujących derwiszy

Szybka akcja po pracy... kilka smsów i już idziemy zobaczyć pokaz wirujących derwiszów... A po takiej akcji ja jak zwykle siadam do komputera i wyszukuję jak najwięcej interesujących informacji na temat, bo zawsze można wiedzieć więcej.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Teleferik


W niedzielę było trochę leniwie, jak to w niedzielę. Po przepysznym śniadaniu zrobionym przez G, postanowiliśmy, że dołączymy do naszych znajomych i pomkniemy Teleferikiem w góry pospacerować i przemrozić conieco.

niedziela, 13 lutego 2011

Urodzinowa niespodzianka

Tym razem przyszedł czas na naszego O, który niczego się nie spodziewał... bo żeby było trudniej wszystko zorganizowałyśmy... tydzień wcześniej...

wtorek, 8 lutego 2011

Iznik i zaranie dziejów w ceramice

W niedzielę weekend trwał nadal i co najważniejsze to nadal był piękny, słoneczny i ciepły weekend, więc nie marnując czasu ani pogody wybraliśmy się na wycieczkę do Izniku.
   

Przepis na udaną imprezę urodzinową

Co składa się na udaną imprezę urodzinową?

Cumalıkızık, czyli śniadanie po wiejsku

Ostatni weekend to był piewszy naprawdę słoneczny, ciepły i niedepresyjny weekend w Bursie. Może specjalnie na moje urodziny, może na zaręczyny, nie wiem, ale zapowiadało się pięknie, więc na sobotę zaplanowaliśmy śniadanie w górskiej wiosce.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Śniadanie na szczycie...

Miało być tak pięknie, a tymczasem po pięknej sobocie przyszła brzydka niedziela i popsuła nam zupełnie plany. Dzisiaj miała być druga część wycieczki po Bursie. Jak widzieliście na moim planie, przewidywałam dwa dni. Niestety... ale co się odwlecze to nie uciecze... Innym razem.

Zielona Bursa

Minęły już 4 miesiące, a ja aż do tego weekendu nie miałam kiedy zobaczyć "zielonej Bursy" (jak piszą o niej w przewodnikach) i wszystkich jej atrakcji. To zupełnie niepodobne do mnie… Zawsze zaczynałam od zwiedzenia najważniejszych miejsc w ciągu pierwszego weekendu jeżeli nie pierwszych dni pobytu, a potem rozkoszowałam się drobnymi przyjemnościami w postaci kawy w ulubionej kafejce z pięknym widokiem.

niedziela, 16 stycznia 2011

Trylia nocą

A dzisiaj byliśmy z G w Ulu Cami, a potem pojechaliśmy, że wszystkimi do Trylii, niewiele zobaczyliśmy, ale za to zjedliśmy przepyszna rybkę. Niewiele zobaczyliśmy, bo już ciemno było, kolejnym razem obowiązkowo musimy pojechać tam za dnia.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Święta Bożego Narodzenia, cz. 3

I to też jest dzień o jedzeniu i TV. Tylko z tą różnicą, że już się nikomu nie chce ruszyć do lodówki, żeby cos przynieść, a w TV lecą powtórki powtórek.

pieczone kasztany też były

Ja napiszę o nowinie, która mnie wprawiła w radość przeogromną – mianowicie moja imienniczka zrobiła pierwsze kroczki, jeszcze przed świętami, co prawda, ale to i tak pięknie. Zobaczcie, jaki piękny szkrab, będzie miał tato roboty a roboty kijem jak niunia podrośnie, bo się będą chłopcy pchać drzwiami i oknami.

mała Izunia z torebką dużej Izuni

mała Izunia uwielbia swojego kotka...
...całkiem jak Elmirka z Animaniaków, nie wiem tylko czy kotek lubi ją tak samo...

Izunia ze swoją odmienioną mamą - pozdrawiam Monia i przesyłam buziaki

a to Izunia z "ciocią" Jenny


Jak to mówią Święta Święta i po Świętach. Jeszcze tylko fryzjer i czas wracać do Bursy. Nie potrafię się odważyć na wizytę u fryzjera w Turcji. Wiem, że to nie ręka i że odrosną, ale to ja będę musiała chodzić z tym, co mi na głowie zrobią.

Zakupiłam śliwki w czekoladzie of course, miętowe landrynki dla mojego ulubieńca ze Stambułu, pomimo tego, że wina i tak nie dostałam i raczej nie dostanę. I jeszcze dwa 'wkłady' do zamrażarki (tu znaczące mrugniecie jednym okiem wszyscy wiemy, o jakie wkłady chodzi). Tylko pierogów dla G brak… Czeka nas wycieczka do Polonezkoy na ten obiad Bogów.

Święta Bożego Narodzenia, cz. 2

Ja nie wiem jak u Was, ale ten dzień jest o jedzeniu i TV. To jest właśnie ten dzień, który się spędza z nosem w talerzu i przed telewizorem i to jest dla mnie naprawdę przyjemne. Nawet sałatka jarzynowa smakuje inaczej tego dnia. A mamy schab z sosem i ziemniaczkami to po prostu niebo w gębie.

W programie standardy takie jak Kevin czy Grizwaldowie, Grinch, Elf albo Niekończąca się opowieść, każdy marudzi, że znowu, a oglądalność nie spada. Najbardziej lubię trylogię w Święta Bożego Narodzenia, to jednak taki wzniosły film o bohaterach i jakoś nie da się go oglądać w normalny dzień. A ja chciałabym zwrócić uwagę na dwa filmy, które mnie poruszyły w te Święta: Stardust – Gwiezdny pył i Gladiator. Nie wiem czy widzieliście któryś z nich.

Stardust to bardzo lekki rodzinny film o spadającej gwieździe i trzech historiach splatających się z historią gwiazdy. Pierwszy wątek to 3 siostry czarownice, które potrzebują gwiazdy, aby móc odzyskać swój blask i piękno sprzed 200 lat. Drugi wątek to król, który umiera i wśród swoich 7 synów nie może znaleźć żadnego godnego odziedziczenia królestwa, jego naszyjnik strąca gwiazdę z nieba. Trzeci wątek to wątek Tristana i spadającej gwiazdy, którzy się w sobie zakochują. Przyjemne kino, dobra obsada, zabawne sceny. Dodam tylko, że film nakręcony jest na podstawie książki o tym samym tytule autorstwa Neila Gaimana. Poniżej trailer.




Gladiator to film, którego chyba nie muszę przedstawiać. Jest to historia Maximusa generała cesarstwa rzymskiego za czasów Marka Aureliusza, który swoim męstwem wsławił się na tyle, że umierający cesarz mianuje go swoim następcą i kontynuatorem swojej polityki. To rozzłościło Kommodusa – prawowitego następcę, na tyle, że mści się na Maximusie zabijając jego żonę i syna, jego samego również każe zabić. Ale nie udaje się, bo o czym byłby film. Film porusza kilka wątków, ale mnie zawsze porusza wątek miłości do rodziny. Maximus ma zawsze przy sobie malutka figurkę żony i syna (nie było jeszcze telefonów komórkowych a o iPhonach nikt nie marzył żeby moc przesyłać mmsy). W każdej chwili przez resztę filmu to, co robi jest podyktowane chęcią zemsty na oprawcy. Dopiero wtedy może w spokoju ducha odejść i spotkać ich 'tam, gdzie oni juz czekają na niego'. Ja nie wiem, ale ten film na mnie działa wręcz histerycznie a łzy leją się ciurkiem. I do tego ta muzyka, sami zobaczcie.





Chyba nie muszę mówić dlaczego tak bardzo lubię ten film...

Święta Bożego Narodzenia, cz. 1

Jestem kosmopolitką, bo jestem. Jestem obywatelką Europy, bo jestem. Ale wbrew wszelkim przekleństwom czynionym przez przeciwników UE i migracji, nie wyobrażam sobie innych Świąt Bożego Narodzenia niż te, które mam w domu co roku. Zapach choinki, smażonego karpia i czerwonego barszczu z grzybami to jednak niepowtarzalna atmosfera.

W tym roku zatęskniłam nawet za atmosferą w hipermarketach. Ja wiem, że wszystkich to denerwuje, bo świąteczne dekoracje i kolędy od Świąt Wszystkich Świętych to lekka przesada. Ale w Turcji nie ma ani piosenek świątecznych, ani śniegu za oknem, ani prawidłowej ideologii do ozdób świątecznych. Wiszą te Mikołaje, choinki, bombki, bo im wmówili, że to noworoczne ozdoby i nazwali zamiast Christmas to Noel… I szał zakupowy też jest, bo prezenty daje się na Nowy Rok. I szał wyprzedaży też jest, bo koniec roku. Więc prawie wszystko się zgadza, ale…

Jak mi napisała córka właściciela firmy, że po co ja do domu chcę jechać przecież tu też mogą być udane święta, no to mnie krew zalała. Bo ona była na takim spotkaniu jak była w Grecji i było tak miło… I nieważne, że nikt z moich klientów nie pracuje, ale przecież ja mogę robić co innego w tym czasie… Moje pytanie: co innego? Taka jest tu panuje mentalność…, ale o sposobie pracy i zarządzania w Turcji będzie już niedługo, bo jest o czym pisać.



widok z dworca w Bursie na Bursę, która rozpościera się u podnóża tej góry

Gemlik

minarecik

Yalova


prom



na Drugim Moście w Stambule

deser, a ja jak zwykle zapomniałam nazwy...

a to już Polska i podróż z Warszawy do Lublina






Do domu dotarłam w Wigilię rano. Choinka juz ubrana, większość potraw gotowa, pozostało mi tylko rozkoszować się atmosfera i cieszyć z pierwszej od miesiąca kąpieli w wannie (nie powiem… przyjemność to prawdziwa).

Jak tradycja każe raz Wigilia u nas, raz u babci, żeby było sprawiedliwie. Ten rok przypadł na babcię. Więc zanim pierwsza gwiazdka na niebie zaświeciła, spakowaliśmy karpia i słodkości z Turcji, żeby jeszcze zdąrzyć podłożyć prezent pod choinkę dla Bartusia i zjeść cukierki jak na prawdziwego Mikołaja przystało. 



choinka u dziadków

Bartek cieszy się z nart


Dzięki żonie mojego chrzestnego Uli na stole zawsze są tradycyjne potrawy i zawsze trzeba spróbować wszystkiego nie odkładając łyżki na stół, bo to przyniesie pomyślność w nowym roku. Najpierw opłatek: 



Kolęda na szczęście na zdrowie na ten nowy rok, żebyśmy byli weseli jak w niebie anieli, w nowym roku się spotkali i opłatkiem się łamali – tak się mówi u mnie. 
I przyznam szczerze, że długi czas to słyszałam od taty, babci, dziadka, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopiero jak przestali mówić ten wierszyk, to mi go zabrakło i chodził mi po głowie już od miesiąca.

Najpierw barszcz czerwony z uszkami z grzybami, potem karp smażony z ziemniakami, potem pierogi z kapusta i grzybami polane olejem konopnym, kasza z sosem grzybowym i olejem, bigos, a potem albo w międzyczasie, jak kto chce, bo na stole śledzie, sałatka i inne postne pyszności, łącznie z kompotem z suszu. A na koniec herbata i coś słodkiego… - brzmi turecko, więc był czas na baklavę, helvę i cevizli sucuk. 



mmm barszczyk z uszkami

mmm karpik smażony

mmmmm pierogi z kapustą i grzybami


A po kolacji prezenty. A w zasadzie prezenty dla Bartka, bo… tylko on był grzeczny w tym roku.

Po powrocie do domu: pidżama, wygodna pozycja, jakieś filmidło i lampka wina z dobrym serem. Być może średnio religijnie, być może niezgodnie z tradycja, ale rodzinnie, ciepło i przyjemnie, a przede wszystkim razem…

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Boże Narodzenie w islamie

Trochę to straszne, trochę to smutne, a trochę zabawne, do czego doprowadziła globalizacji Bożego Narodzenia na całym świecie.

Co roku okres przedświąteczny przypomina wyścig centrów handlowych, które prześcigają się, które pierwsze wystawi towary świąteczne na sprzedaż i które szybciej i ładniej udekoruje budynek. I kiedy tylko, że sklepów zniknął znicze i chryzantemy, a czasem nawet wcześniej pojawiają się sie choinki, bombki, świecidełka, śpiewające mikołaje i cały ten bezpłciowy stragan. A wszystko po to żeby sprzedaż była większa niż w zeszłym roku, żeby konsument zdąrzyl kupić więcej prezentów przed świętami, żeby zamknąć rok dobrym wynikiem finansowym. I tak kreci sie ta machina marketingowa, a my wyglądamy jak te chomiki w kółeczku – im szybciej biegniemy tym szybciej napędzamy ten wehikuł, ale żebyśmy byli przez to bliżej celu… nie sadze.

Nie będę ściemniać, że mnie tez to nie urzekło w pewnym momencie, ale zauważyłam różnice po wyjeździe do Anglii… tak… emigracja… To najlepsze lekarstwo, jeżeli święta przestały Was cieszyć a zamieniły sie w koszmar nocy letniej. Pamiętam jak w Anglii zaczęło robić się zimowo, a w centrach handlowych świątecznie, a ja w swoim pokoiku i jedyne czym się karmiłam to wspomnienia poprzednich lat. Potem juz nawet gotowanie uszek albo ubieranie choinki ma inny smak. A po przyjeździe najważniejsze staje się to, że kolejny raz wszyscy zasiada do wigilijnego stołu w niezmienionym składzie, żeby pogadać o tym jak to drzewiej bywało. W Boże Narodzenie po raz kolejny obejrzymy Kevina albo Sami swoi, podelektujemy sie dobrym winem z taty kolekcji, ktoremu zawsze towarzyszy ser pleśniowy. W cieple z lodówka pełną pyszności i migającymi światełkami spędzimy białe Boże Narodzenie.

Zamiast wymyślnych i nieprzydatnych prezentów – książki, a zamiast imprez na 50 osób - odwiedziny u najbliższych, albo cieple zacisze domowe. Takie są właśnie moje święta.

Pobyt w Anglii dał mi do myślenia, ale dopiero Turcja pokazała mi pewne absurdy. Dekoracje świąteczne w kraju muzułmańskim? Reklamy w radio z melodią Jingle Bells? Czerwone mikołaje, złote dzwoneczki? Tylko stajenki przed ratuszem brak.

Najzabawniejsze jest to, że my tak naprawdę nie mamy nic w zamian na Ramadan i Kurban Bayrami. Dlaczego? Bo te dwa święta są o byciu z rodzina i dzieleniu się tym, co mam z bliskimi i biednymi, w myśl jednej z zasad wiary – jałmużna. Nawet przygotowywane potrawy są takie jak na codzień. Prawdopodobnie nawet niewiele osób nie-muzułman wie jakie święta obchodzi sie w świecie islamu i jak wyglądają takie święta, natomiast prawdopodobnie cały świat wie o Bożym Narodzeniu. Dlaczego? Bo to dobry chwyt marketingowy, żeby cos sprzedać.

Nie można wszystkiego uogólniać, nie wszystkie miejsca i ozdoby są świąteczne, czasem to kwestia samego Nowego Roku. W Turcji jest zwyczaj dawania prezentów na Nowy Rok. I cały ten szał, który teraz jest w centrach handlowych to wyprzedaże na koniec roku i gorączka prezentowa. Co nie zmienia faktu, że i tak czuję się trochę absurdalnie kiedy widzę mikołaje na wystawach i migające dekoracje…


o proszę... choineczka do kupienia

a to Zafer Plaza

_______________________________________________________________

Teraz trochę o pogodzie…

Ktoś mi zazdrościł ciepła… Mówiłam, że i mi wyłączą. I wyłączyli w ostatni piątek.

Jak wychodziłam do pracy było 17 stopni i kropił deszcz, a jak dojechałam do pracy temperatura spadła do 5 a za oknem sypał śnieg coraz gęstszy coraz gęstszy. A ja w balerinach i jesiennym płaszczyku. Po pracy pojechałam kupić botki (na szczęście jest Deichmann i w miarę dobre buty za 50 TL). A kiedy kolejnego dnia jechaliśmy z G do Stambułu, tereny poza miastem były cale pokryte około 10 cm śniegu. W samym Stambule Bosfor zamknięty dla żeglugi, sztorm i śnieg z deszczem. A kolejnego dnia słońce. Dziś natomiast jest 0 stopni a za oknem tak jak na zdjęciach.


ja na promie... jak na dworcu w Kielcach :D


a to już niedziela, tylko tak ładnie wyglądała

a to już moja Bursa na wzgórzu, na prawdę wygląda ślicznie

bielusieńko

a to widok ode mnie z pracy

środa, 8 grudnia 2010

Przeprowadzka epizod 3. – Epilog

Udało się… Mieszkanie jest 5 min od poprzedniego. Czynsz to jedyne 400 Tl za umeblowane mieszkanie plus rachunki. Każda z nas ma swój pokój i wspólny salon, kuchnie i łazienkę. Ale co najważniejsze mamy wspólny światopogląd: żadnych imprez, żadnych nieproszonych gości, tylko przemyślane i przedyskutowane decyzje. Wyszłyśmy z założenia, że wszędzie można żyć, ale z człowiekiem, a nie z tłumem człowieków.

Więc (zdanie od więc) stworzyłyśmy plik online z rachunkami i wszelkimi wydatkami na mieszkanie, które to wydatki ponosimy po połowie. Na początku otwarcie zostało powiedziane, że L będzie szukać pracy w Sankt Petersburgu i jeżeli dostanie coś odpowiedniego to to weźmie, ale nie zostawi mnie zupełnie na lodzie wyjeżdżając z dnia na dzień. Ja też nie będę ukrywać, że jak już wróci mój G to wszystko może zmienić swój bieg, bo on potrafi zamieszać w życiu niejednego człowieka. I jak się okazało już zamieszał, bo wrócił wcześniej niż ktokolwiek planował. A o to nasze zacisze i królestwo.


to jest ujęcie prosto z wejścia,
na wprost mój pokój z gigantycznym łóżkiem

to moje królestwo, ponieważ oddałam resztę mebli do saloniku,
to zyskałyśmy miejsce na suszarkę

a to mój pokoik z drugiej strony z widokiem na moją szafę
i na wejście do pokoiku Lery

a to nasz przytulny salonik z wygodnymi kanapami i naszym ikeowym stoliczkiem Joke - Şaka (żart),
Lera w spokoju oddaje się seansom filmowym, dzięki naszemu szybkiemu internetowi

a to jest mebelek z mojego pokoiku,
który obie oblegamy ze swoimi szpargałami

a to jest nasza zdobycz - Bosch w rzeczy samej

W tym miejscu szczególne podziękowania dla mojej psipsiółki Eli jeszcze z Londynu,
która przysłała mi ozdobę świąteczną prosto z Anglii, Eluś... Ty wiesz co :D
Mikołaj zawiśnie w honorowym miejscu i nie zdejmę go do momentu wyprowadzania się z tego mieszkania... obiecuję!

Tak to właśnie sobie mieszkamy i dobrze się mamy i nadal nie wierzymy, że może być tak pięknie po prostu. A lada dzień wrócą do nas wszystkie dywany, które oddałyśmy firmie czyszczącej i będzie czysto i pachnąco.

Jeżeli ktoś z wiernych czytelników chciałbym zwiedzić Bursę i odwiedzić dwie waleczne dziewczyny z Europy Wschodniej, to zapraszam, ale najpierw do kontaktu mailowego, a potem po pozytywnym rozpatrzeniu podania w trzech egzemplarzach ze zdjęciem, magiczne zaklęcie "sezamie otwórz się" zadziała.

A tak na serio to bilet LOT poza sezonem z wyprzedzeniem kosztuje około 1000 PLN, nocleg za free, jadło tez niedrogie, a wrażenia bezcenne i zrobię z Was pierwowzory bohaterów w mojej książce – kusi, co?

piątek, 3 grudnia 2010

Truskawki w grudniu...

I jestem znowu online. Jeszcze mi się nie chce w to wierzyć, że wszystko się tak dobrze kończy... Może jeszcze nie kończy' ale póki co wychodzi na prostą i wraca na swoje miejsce.

Zacznę od końca i podsumuję sytuację:
1. i najważniejsze - tata powoli wraca do formy
2. i najważniejsze - przeprowadziłam się do nowego cudnego' ciepłego i cichego mieszkania
3. i najważniejsze - mój G. jest już w porcie i to nie Marmaris, Gölcük ani gdzieś tak w Afryce, jest w moim porcie, a ja leżę na kanapie z laptopem na kolanach a głową na jego kolanach i wierzyć mi się nie chce, że to prawda...

Nawet nie wiem od czego zacząć... Więc znów zacznę od końca...
Wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca przypomina to co zrobił dziś G. - kupił świeże, pachnące, dojrzałe i ogromne truskawki. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to,że jest 3 grudnia !!! No zobaczcie sami

ledwo zdążyłam zrobić zdjęcie
Przez ostatni tydzień mamy w Bursie około 20-25 stopni Celsjusza, co przy wiadomościach z Polski jest dość okrutne, bo to jakieś 50 stopni różnicy w temperaturze i z pół metra różnicy w śniegu. Ale nie bójcie się mi też wyłączą i to już po tym weekendzie, jak mówią prognozy w naszej kablówce (tak mamy kablówkę z 50 kanałami i nikt nie ogląda cały czas koszykówki jak w poprzednim mieszkaniu).

Mamy też internet tylko dla nas dwóch. Aaa bo powinnam zacząć od tego, że wyprowadziłam się razem z Lerą - praktykantką z Rosji, która dołączyła do poprzedniego mieszkania i całe szczęście, że dołączyła, bo gdyby nie byłabym teraz w... powiedzmy najciemniejszym zakątku tego łez padołu.

Lera pomimo młodego wieku jest na prawdę nieziemsko dojrzała i to ona znalazła nasze nowe mieszkanie, a ja rozbiłam świnkę skarbonkę, bo trochę nas kosztował ten luksus posiadania jednoosobowych pokoi, wspólnego saloniku i ciszy kiedy tylko chcemy, żeby zaistniała. Mieszkanko jest do tego czyste, co już w ogóle przyprawia mnie o jakieś pozytywne wibracje.

Gdyby tego było mało, w środę kiedy już wszystko udało nam się załatwić (pralkę i internet i adres w naszych ikametach) poszliśmy na kawkę/herbatę/salep tudzież inny napój niealkoholowy, odebrałam telefon od G.
- Baby, gdzie mogę Cię znaleźć?
- Yyyyy
- Gdzie jesteś?
- Gdzie Ty jesteś?
- Stoję przed Twoim nowych mieszkaniem.
- Cooooooooooooooooooooo?

Wybiegłam z Gren Cafe jakby mnie goniło stado rozwścieczonych dobermanów. I w ciągu 3 minut byłam już przy naszym meczecie uwieszona na szyi mojego marynarza i nadal nie mogłam uwierzyć, że tak po prostu w ciągu dwóch dni znalazł się obok mnie.

Historia lubi się powtarzać... 17 września wylądowałam w Anglii i do 1 grudnia przeżyłam piekło mieszkania z Anglikami w domu, gdzie syf dochodził na drugie piętro po górze śmieci. Po dwóch latach 17 września wylądowałam w Turcji i do 1 grudnia wyprostowałam i ułożyłam swoje życie. Reszta w kolejnych odcinkach mojej tureckiej telenoweli.