Blog dostępny również pod adresem izabelaszmit.wordpress.com
(dostęp do serwisu blogspot został częściowo utrudniony w Turcji)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienności. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 marca 2011

Oddajcie mi mojego bloga

Niewiarygodne... jak stanęło tak stoi... i nie wiadomo kiedy się to skończy, ani czy w ogóle... Ponieważ mój blog czytany jest również w Turcji dlatego postanowiłam skopiować go również na inną platformę. W myśl zasady przezorny zawsze ubezpieczony i strzeżonego... 

Dodatkowy adres bloga to izabelaszmit.wordpress.com.

Zapraszam !!!

niedziela, 16 stycznia 2011

O tym, co kelnerowi w głowie piszczy?

Niedziela za oknem świt i Bursa kaszle miarowo… Deszczem i chmurami przywitał nas ten niedzielny poranek więc nici z wycieczek jedyne, co chce się robić… to spędzić cały dzień pod kołdrą.

wtorek, 11 stycznia 2011

Babskie ploty i 4 cm2 skóry na chodniku

Nasze szczęście w postaci naszego spokojnego, zacisznego mieszkanka trwa i dobrze się miewa. Postanowiłyśmy więc urozmaicić sobie wieczory, a jako nowa Abla chciałam zadbać o samopoczucie damskiej części stażystów. Wymyśliłyśmy więc aby raz w tygodniu spotkać się na babskie ploty, oglądanie babskich seriali i zajadanie się kaloriami.

środa, 22 grudnia 2010

Konsulaty, wizy, pozwolenia

Niestety... biurokracji stało się zadość i w tym roku na Święta lecę sama.
Dlaczego? Odpowiem krótko, bo ta historia wciąż mnie jeszcze boli:
  • bo misja i brak czasu odpowiednio wcześniej
  • bo obowiązek podawania celu podróży przy wyjeździe oficera z kraju
  • bo umawianie spotkań w konsulatach
  • bo szał przedświąteczny
  • bo paszport miał 10 lat i 5 miesięcy
  • bo dokumenty muszą leżeć na biurku 3 dni
  • bo konsulaty to "państwo w państwie"
  • bo ja nie mam żadnych praw do niego...
Taki układ tych 8 czynników spowodował, że zabrakło nam 1 dnia na odebranie wizy. Wiza będzie w paszporcie jutro, a jutro i w Boże Narodzenie nie ma żadnego samolotu do Polski, ewentualnie przez Kijów, gdzie znów trzeba wizę, a nie ma czasu. Dlatego nie spędzimy ze sobą tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia. Zastanawiam się jak to będzie wyglądać w przyszłości. Póki co przebukuję jego bilet powrotny do TR na poświętach Wielkanocy i tym sposobem prawie na pewno będziemy w Polsce w kwietniu. A do TR wracam we wtorek i spędzimy ze sobą pierwszy wspólny wieczór sylwestrowy.

A tym czasem znowu pożegnanie na lotnisku w Stambule, hala odlotów już nigdy nie będzie mi się dobrze kojarzyć...

piątek, 10 grudnia 2010

Turecka cierpliwość

Od tego momentu tak zacznę określać stan, jaki opanowałam w umiejętności oczekiwania na wszystko, na co można tylko czekać. Tak… uwierzcie mi tutaj czas płynie wolnej a zegary trącą na znaczeniu.

Od początku podejrzewałam, że coś jest nie tak, ale dopiero teraz wszystko sie okazało.

Wszystko zaczęło sie od naszej przeprowadzki. Nie wspomnę o tym, że w zasadzie nikt oprócz I nie pomagał L szukać nowego mieszkania dla nas. W Turcji nieważne kto, nieważne co, ważne kiedy. Krotko mówiąc jak sam nie zrobisz to zrobione nie będzie. Może to trochę wina naszej chłodnej mentalności, może chłodnego klimatu. Jedno jest pewne przeżyłam prawdziwy szok kulturowy 3 miesiące po przyjeździe, kiedy juz myślałam ze wszystko wiem i nic mi nie jest straszne.

Nie dziwi mnie brak pomocy przy poszukiwaniach mieszkania, bo większość z nich to jeszcze dzieci i bali sie sytuacji, ze poprosimy kogoś żeby podpisał umowę (czasem agencja nieruchomości wymaga potwierdzenia umowy przez obywatela tureckiego). Na szczęście nie było takiej potrzeby. I kiedy U i A poszli z nami zobaczyć juz wynajęte mieszkanie i pomóc przetłumaczyć umowę obiecali wszechstronna pomoc kolejnego dnia. Rozochocone z L ze nie będziemy musiały szorować kolejnego mieszkania same, postanowiłyśmy poczekać na pomoc, a tymczasem spędzić ostatnią nieprzyjemną noc w starym mieszkaniu.

W środę po pracy do pomocy stawiło się 3 pomocników - S, B I Y. Muszę przyznać że po prostu wspaniale zadziałaliśmy. Ja – łazienka, L – kuchnia, a nasza dziarska trójka dwa pokoje. Kolejnego dnia zostawiłam klucze, aby nasze anioły mogły działać, kiedy my pracujemy. A jak wróciłam do mieszkania to kazano mi zdjąć buty przed wejściem do własnego mieszkania!!! Bomba!!! Pomyślałam i przypomniało mi sie jak chłopaki marudzili na AIESEC, ale zupełnie nie rozumiałam dlaczego. Poduszki, firanki, narzuty i wszystko, co można uprać zostało podzielone miedzy tych, którzy mają pralki, odkurzacz pożyczyła nasza nowa sąsiadka z naprzeciwka, a cala reszta zrobiona własnymi rekami i środkami.

Pozostało tylko kupić znalezioną pralkę, zaaplikować o Internet, uprać dywany I zgłosić agencji niedziałający piecyk. I wszystko to miałyśmy obiecane w pakiecie u aiesecerów. Wiec cóż nam pozostało – cierpliwie czekać na efekty. W piątek wzięłam pół dnia wolnego, żeby załatwić Internet i… tu zaczęły sie schody.

Najpierw okazało się, że jedyny operator telefonii stacjonarnej proponuje nam Internet, ale będziemy musiały bulić 20 lira miesięcznie za telefon, którego nie użyjemy ani razu, co w rezultacie da 200 TL za nic. W życiu!!! I nikt nie zna innego operatora, który nie wymaga linii telefonicznej w mieszkaniu. A jak pytam o tego, który wiem że nie wymaga to nikt nie wie, o czym mówię, wściec się można. Dopiero w pracy mądre głowy powiedziały mi, ze jest dwóch, ale musze zapytać czy w tej dzielnicy ktoś juz ma, żeby można było tylko podłączyć. I co? Nie ma. Nadal pozostaje kwestia operatora, którego ja chcę, ale nikt mi nie potrafi powiedzieć.

Mija piątek. W sobotę jadę z L do niej do pracy żeby spotkać sie z właścicielem i ustalić godziny lekcji z angielskiego, których mam mu udzielać oczywiście za pieniądze. Umówione na rano spotkanie odbywa sie z bagatela 3 godzinnym opóźnieniem!!! Kiedy już sie dogadujemy i wracamy do domu na zegarku 3 popołudniu, dzień poleciał a nadal nic nie zrobione i brak firanek w oknach, czasem można poczuć sie jak na czerwonej ulicy, a telefony aiesecerów powoli milkną.

Wieczorem same idziemy do biura firmy, która zapewnia Internet i dowiadujemy sie wszystkiego, o co pytamy za pomocą Google translate (cudo a nie wynalazek!!!) Okazuje się, że możemy mieć Internet z tej firmy za koszt, o jakim rozmawiałyśmy i do tego telewizję kablową – życie nabiera barw.

W niedziele z rozpaczą w smsach wzywamy B żeby w końcu ktoś z nami poszedł i przetłumaczył, co chcemy powiedzieć człowiekowi od naszego fantastycznego automatu. Ustalamy, że w poniedziałek pralka będzie u nas z roczną gwarancją, transportem i podłączeniem w cenie! No to jest serwis.

Zostawiam swoje klucze z nadzieją, że jutro obudzę sie w nowym lepszym świecie z Internetem i pralką a tymczasem budzę sie w Turcji… gdzie czas płynie wolno i jak nie wywrę presji na innych to tak jakbym nic nie chciała i nikt mi nic nie obiecał.

Internetu nie ma, bo znów kwestia podpisu, a sprzedawca pralki przekładał termin instalacji aż do środy. Wyobraźcie sobie mnie w tej sytuacji… Ja, która zawsze mam wszystko zrobione już, albo wczoraj, czekam tydzień bez żadnej pewności że nie będę czekać kolejnego. A po drugie ja, córka mojego taty, który słynie z cholerycznego charakteru… Krótko mówiąc zrobiłyśmy rozróbę jakich mało. Koniec końców obie wzięłyśmy wolne na środę żeby zmienić adres w papierach na policji. I tak sie spięłyśmy, ze załatwiłyśmy i Internet i pralkę jeszcze przed 6 wieczorem.

Do oddziału operatora wystarczyło tylko pójść, tak jak do sprzedawcy pralki. Jeszcze tego samego dnia zrobiłyśmy pierwsze pranie, które w końcu było czyste, bo poprzednia pralka trochę nas oszukiwała przez 4 godziny cyklu! Do tego pranie jest prawie suche! W końcu Bosch to Bosch.

W międzyczasie musze przyznać sie, że podczas tego tygodnia napisałam kilka niemiłych smsów i maili, ale ile można czekać na brak odpowiedzi nawet na smsa. Jak się okazało całe to zamieszanie wyszło wszystkim na zdrowie. W środę zwołano wielkie spotkanie wszystkich MT i przedstawicieli AIESEC- Bursa. Wściekłam sie, mam iść na spotkanie i pierdaczyć o głupotach, podczas gdy w domu nic nie zrobione, bo wszyscy obiecują gwiazdy z nieba, a jak pytam, kiedy to nie ma odpowiedzi.

Ale poszłam… Na spotkaniu A, U, B I R zapytali, wprost czego od nich oczekujemy. Wszyscy zamilkli, podczas gdy ja zaczęłam mówić… zarządzania swoim czasem w sposób realny i nie obiecywania pomocy, jeżeli nie zamierza sie jej udzielić, bo sama mogę więcej, ale jeżeli wiem ze mam to zrobić sama a nie czekam i nic nie robię przez tydzień. Moja wypowiedź trwała w sumie około pół godziny, ale po skończeniu nikt nie miał nic więcej do dodania, tylko wszyscy przytaknęli. A aiesecerzy zapisali symbolicznie nasze przemyślenia. Poczułam sie spełniona…

Po spotkaniu nawet udaliśmy sie na herbatkę. I wtedy stało sie cos pięknego zadzwonił mój telefon a tam mój miły oznajmił że jest w Bursie. To był prawdziwy dzień Beckhama (jak to nazywa L).

Warto tu jeszcze wspomnieć o zmianie adresu na policji, bo ta sytuacja przyprawiła mnie o przekrwienie gałek ocznych. Najpierw umówiliśmy sie w biurze o 13, ale o chęci zmiany adresu poinformowałam odpowiednia osobę 5 dni wcześniej, żeby był czas przygotować dokumenty. Moje myślenie nie spotkało się z żadną reakcja. Na domiar złego S stawił się w biurze godzinę później a na moje smsy w ogóle nie odpowiedział. Biuro opuściliśmy o 14:25, przypomnę ze policja jest czynna tylko do 17, a z nami są jeszcze AS i J żeby aplikować o pozwolenie na pobyt. One zmarnowały juz jeden dzień, bo S też się spóźnił i było już za późno jechać. To jakaś kpina!!! Wiec prawie biegniemy do metra. I wtedy S wyciąga kartkę i przygotowuje pismo informujące o zmianie adresu… Po prostu no comment… I jeszcze mówi, że to moja wina, bo ja chciałam szybko wyjść z biura. Zabić go to mało…

To po to ja myślę kilka dni do przodu, żeby on miał wszystko tam gdzie wielbłądy jednogarbne mają to, co dwugarbne mają w drugim garbie (kto pierwszy zgadnie, co to za miejsce, dostanie prezent, serio mówię).

A na posterunku bardzo miły pan mundurowy za biurkiem oznajmia nam, że jakbyśmy chciały jeszcze raz zmienić adres i umiemy gotować, to możemy sie wprowadzić do niego. I z całą pewnością chodzi tylko o gotowanie…

Tym optymistycznym akcentem zakończę na dziś.

środa, 8 grudnia 2010

Przeprowadzka epizod 3. – Epilog

Udało się… Mieszkanie jest 5 min od poprzedniego. Czynsz to jedyne 400 Tl za umeblowane mieszkanie plus rachunki. Każda z nas ma swój pokój i wspólny salon, kuchnie i łazienkę. Ale co najważniejsze mamy wspólny światopogląd: żadnych imprez, żadnych nieproszonych gości, tylko przemyślane i przedyskutowane decyzje. Wyszłyśmy z założenia, że wszędzie można żyć, ale z człowiekiem, a nie z tłumem człowieków.

Więc (zdanie od więc) stworzyłyśmy plik online z rachunkami i wszelkimi wydatkami na mieszkanie, które to wydatki ponosimy po połowie. Na początku otwarcie zostało powiedziane, że L będzie szukać pracy w Sankt Petersburgu i jeżeli dostanie coś odpowiedniego to to weźmie, ale nie zostawi mnie zupełnie na lodzie wyjeżdżając z dnia na dzień. Ja też nie będę ukrywać, że jak już wróci mój G to wszystko może zmienić swój bieg, bo on potrafi zamieszać w życiu niejednego człowieka. I jak się okazało już zamieszał, bo wrócił wcześniej niż ktokolwiek planował. A o to nasze zacisze i królestwo.


to jest ujęcie prosto z wejścia,
na wprost mój pokój z gigantycznym łóżkiem

to moje królestwo, ponieważ oddałam resztę mebli do saloniku,
to zyskałyśmy miejsce na suszarkę

a to mój pokoik z drugiej strony z widokiem na moją szafę
i na wejście do pokoiku Lery

a to nasz przytulny salonik z wygodnymi kanapami i naszym ikeowym stoliczkiem Joke - Şaka (żart),
Lera w spokoju oddaje się seansom filmowym, dzięki naszemu szybkiemu internetowi

a to jest mebelek z mojego pokoiku,
który obie oblegamy ze swoimi szpargałami

a to jest nasza zdobycz - Bosch w rzeczy samej

W tym miejscu szczególne podziękowania dla mojej psipsiółki Eli jeszcze z Londynu,
która przysłała mi ozdobę świąteczną prosto z Anglii, Eluś... Ty wiesz co :D
Mikołaj zawiśnie w honorowym miejscu i nie zdejmę go do momentu wyprowadzania się z tego mieszkania... obiecuję!

Tak to właśnie sobie mieszkamy i dobrze się mamy i nadal nie wierzymy, że może być tak pięknie po prostu. A lada dzień wrócą do nas wszystkie dywany, które oddałyśmy firmie czyszczącej i będzie czysto i pachnąco.

Jeżeli ktoś z wiernych czytelników chciałbym zwiedzić Bursę i odwiedzić dwie waleczne dziewczyny z Europy Wschodniej, to zapraszam, ale najpierw do kontaktu mailowego, a potem po pozytywnym rozpatrzeniu podania w trzech egzemplarzach ze zdjęciem, magiczne zaklęcie "sezamie otwórz się" zadziała.

A tak na serio to bilet LOT poza sezonem z wyprzedzeniem kosztuje około 1000 PLN, nocleg za free, jadło tez niedrogie, a wrażenia bezcenne i zrobię z Was pierwowzory bohaterów w mojej książce – kusi, co?

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Przeprowadzka epizod 1. – Geneza

Jeszcze przed wyjazdem do Polski podjęłyśmy z L, a właściwie za nas podjęto decyzję o konieczności przeprowadzenia się do innego mieszkania. I teraz właśnie to nastąpiło. Jak to się stało? Wszystko poniżej…
Najpierw kilka prawd generalnych:
  • Mieszkaliśmy w mieszkaniu tureckim o co tu dużo gadać niskim standarcie
  • Mieliśmy prawie 3 pokoje i salon z kuchnia i jedną łazienkę (tureckiej toalety w stylu nostalgicznym nie liczę)
  • I mieliśmy też w sumie 5 lokatorów, o rozmieszczenie lokatorów w pokojach nie pytajcie, bo tylko ja i L. pozostawałyśmy w swoich łóżkach bez gości.
To jest nasza sytuacja wyjściowa. A teraz możemy kontynuować. Od początku było wiadomo, że skoro 2 Marokańczyków się wyprowadza to zostaje nas 3 dziewczyny, przynajmniej na to wskazują proste zasady matematyczne, ale nie… Kiedy wróciłam do Bursy w mieszkaniu pomieszkiwało… i tu werble poproszę – 7 osób – toż to prawdziwy cud…

Zanim wyjechałam, na 5 min przed wyjściem z domu, przeprowadziliśmy dyskusje na temat przyszłości mieszkania. I wtedy R i F zakomunikowali ze do mieszkania wprowadza się D i P. Dlatego ja oznajmiłam, że się wyprowadzam, a ponieważ wcześniej ustaliłyśmy, ze wyprowadzamy się razem z L to L zawtórowała mi. P zrobił oczy jak 5 zł, A nie powiedziała nic, a D jak się dowiedział o naszej decyzji zaczął nas przepraszać, bo ma poczucie ze to przez niego, przynajmniej ma to poczucie.

Siła solidarności jest ogromna i dzięki temu L przez cały czas, kiedy ja byłam w Polsce szukała mieszkania dla nas obu. Czego poszukiwałyśmy? Mieszkanie umeblowane obowiązkowo, w centrum miasta obowiązkowo i do 500 Tl miesięcznie plus rachunki obowiązkowo. Udało się. 15 listopada wtedy, kiedy ja nie spałam całą noc, bo wiedziałam ze L ma ostatnie spotkania, po których coś wybierze albo nie, L na szczęście coś wybrała.

Cóż zastałam, kiedy dotarłam do Bursy? Gwoli przypomnienia przed powrotem do domu mieszkałam w pokoju razem z naszą współlokatorką. Po powrocie do Bursy zastałam swoje rzeczy spakowane (nie wszystkie jak się okazało) i wystawione do innego pokoju, a pokój, w którym do tej pory mieszkałam zamknięty na klucz. Gówna się gotują i scyzoryk w kieszeni otwiera. Stara zasada trzymaj się z dala od Polaków za granicą wróciła z siłą wodospadu (oczywiście słuszny komentarz  poniżej, oczywiście, że są pozytywni rodacy za granicą i oby takich jak najwięcej tutaj i wszędzie innej, bo przecież jest nas tu co najmniej 5 kobietek z Polski z tego co wiem, a niedługo dołączy do nas mężczyzna) I chciałabym powiedzieć, że wiedziałam ze tak będzie, ale nie mogę, bo tego się nie spodziewałam w życiu… Osoba, która siedziała obok mnie i mnie przytulała, kiedy dowiedziałam się o sytuacji w domu, za chwilę potrafi podstawić nogę i skopać, kiedy się przewrócisz. Ale i tak to nie był szczyt.

Nasza współlokatorka wiedziała, że wracam i wiedziała kiedy wracam, ale z udawanym zdziwieniem na twarzy zapytała:
  • O, jesteś?
  • Ano, jestem.
  • Jak było w domu?
  • (A jak mogło być?) Fajnie.
  • Jesteś zła?
  • (A może powinnam Ci dziękować, za to że nie zmieniłaś zamków i że nie musiałam szukać swoich rzeczy po śmietnikach?) Hmm.
  • Kiedy się wyprowadzacie? (A to ci miłe powitanie)
  • Jak przyjdzie czas.
Koniec dialogu. W nawiasach to co miałam na myśli, ale czego nie powiedziałam, bo trzeba mieć kulturę, żeby taka sztukę przetrzymać… Poza tym po co miałabym się wysilać skoro adresat nie rozumie elementarnych zasad współżycia społecznego.

piątek, 3 grudnia 2010

Truskawki w grudniu...

I jestem znowu online. Jeszcze mi się nie chce w to wierzyć, że wszystko się tak dobrze kończy... Może jeszcze nie kończy' ale póki co wychodzi na prostą i wraca na swoje miejsce.

Zacznę od końca i podsumuję sytuację:
1. i najważniejsze - tata powoli wraca do formy
2. i najważniejsze - przeprowadziłam się do nowego cudnego' ciepłego i cichego mieszkania
3. i najważniejsze - mój G. jest już w porcie i to nie Marmaris, Gölcük ani gdzieś tak w Afryce, jest w moim porcie, a ja leżę na kanapie z laptopem na kolanach a głową na jego kolanach i wierzyć mi się nie chce, że to prawda...

Nawet nie wiem od czego zacząć... Więc znów zacznę od końca...
Wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca przypomina to co zrobił dziś G. - kupił świeże, pachnące, dojrzałe i ogromne truskawki. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to,że jest 3 grudnia !!! No zobaczcie sami

ledwo zdążyłam zrobić zdjęcie
Przez ostatni tydzień mamy w Bursie około 20-25 stopni Celsjusza, co przy wiadomościach z Polski jest dość okrutne, bo to jakieś 50 stopni różnicy w temperaturze i z pół metra różnicy w śniegu. Ale nie bójcie się mi też wyłączą i to już po tym weekendzie, jak mówią prognozy w naszej kablówce (tak mamy kablówkę z 50 kanałami i nikt nie ogląda cały czas koszykówki jak w poprzednim mieszkaniu).

Mamy też internet tylko dla nas dwóch. Aaa bo powinnam zacząć od tego, że wyprowadziłam się razem z Lerą - praktykantką z Rosji, która dołączyła do poprzedniego mieszkania i całe szczęście, że dołączyła, bo gdyby nie byłabym teraz w... powiedzmy najciemniejszym zakątku tego łez padołu.

Lera pomimo młodego wieku jest na prawdę nieziemsko dojrzała i to ona znalazła nasze nowe mieszkanie, a ja rozbiłam świnkę skarbonkę, bo trochę nas kosztował ten luksus posiadania jednoosobowych pokoi, wspólnego saloniku i ciszy kiedy tylko chcemy, żeby zaistniała. Mieszkanko jest do tego czyste, co już w ogóle przyprawia mnie o jakieś pozytywne wibracje.

Gdyby tego było mało, w środę kiedy już wszystko udało nam się załatwić (pralkę i internet i adres w naszych ikametach) poszliśmy na kawkę/herbatę/salep tudzież inny napój niealkoholowy, odebrałam telefon od G.
- Baby, gdzie mogę Cię znaleźć?
- Yyyyy
- Gdzie jesteś?
- Gdzie Ty jesteś?
- Stoję przed Twoim nowych mieszkaniem.
- Cooooooooooooooooooooo?

Wybiegłam z Gren Cafe jakby mnie goniło stado rozwścieczonych dobermanów. I w ciągu 3 minut byłam już przy naszym meczecie uwieszona na szyi mojego marynarza i nadal nie mogłam uwierzyć, że tak po prostu w ciągu dwóch dni znalazł się obok mnie.

Historia lubi się powtarzać... 17 września wylądowałam w Anglii i do 1 grudnia przeżyłam piekło mieszkania z Anglikami w domu, gdzie syf dochodził na drugie piętro po górze śmieci. Po dwóch latach 17 września wylądowałam w Turcji i do 1 grudnia wyprostowałam i ułożyłam swoje życie. Reszta w kolejnych odcinkach mojej tureckiej telenoweli.

sobota, 27 listopada 2010

Cisza na morzu

Przepraszam wszystkich wiernych czytelnikow za cisze w czasoprzestrzeni. Ta sytuacja jest zwıazana z powaznymi zmianami jakie zachodza w moim zyciu w Turcji ı koniecznoscia przeprowadzki. Nie mam internetu a jezelı mam to taki jak teraz bez polskich znakow przecinkow i tylko do polnocy... 
Prosze o cierpliwosc dajcie mi jeszcze kilka dni a wszystko opowiem i wszystkim sie pochwale 
A jest czym... jest czym...
A tymczasem pozdrawiam z Bursy bardzo cieplo bo mam obecnie odczuwalne 15 stopni.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Plums in chocolate

Baklava is baklava, but one kilogram of plums in chocolate has disappeared like a rabbit in a hat...

Long time before going back to Poland  we were discussing about  polish and turkish sweets,. I was asked what is typical for Poland and for my region. I had to think for a while about it, but then  I reminded myself about Solidarność and unforgetable plums in chocolate. So I promised to bring it when I will go back to Poland, so it has happend.  No sooner said than done, willy-nilly, I have bought  one kilogram of plums and stowed in my luggage together with one bottle of pure vodka for L. and one żubrówka for me  and I came back to Bursa.

On the first day of work after long break I took whole one kilo with me , because it would look silly, when I would unpack original package with logo. And in the right moment when Ali Bay was in the office I have opened the box. I went round whole office, I remitted the factory, because people were coming back for the second plum before I have finished with the office...

Then they started to come back for fistfuls of plums, and then G. asked me hom much does tsuch a package cost and that she will pay me money and I will bring it for her from Poland after Christmas. In the end our stocky representatives from Istanbul came, spilled out last four plums, thrown away the package, gave me one plum and took away the rest for him, laughing all the time. But it looks like not for free...When I started to talk with G. about good brands of turkish wine, he told me not to buy, because he will bring me vintage wine - 1998 from his collection... My jaw has dropped, because it must me bloody expensive, but I'm realistic: wait till you will have this wine in your suitcase, and then you can be happy. Anyway it sounds interesting. And it would look nice amongst dad's colletion of wines.

And that was plum in chocolate...
_______________________________________________________________

About everyday life, my umbrella, which I left on the last day in the office, was found in the place where I have left it. My Bu-Kart, was exactly where I have left it. In turn in the office new human with Marrocan  origins appeared, but lets leave it for the next episode of the story and I have to admit that it will be busy in here. My keyboard is becoming red only when I think about it - interpersonal relationships  and uncensored.

Śliwki w czekoladzie

Baklava baklavą, ale kilogram śliwek zniknął jak w królik w kapeluszu…

Jeszcze przed powrotem do Polski rozmawialiśmy w pracy o słodyczach polskich i tureckich. Pytano mnie co jest takiego typowego dla Polski i dla mojego regionu. Przez chwilę się zawahałam, ale potem przypomniała mi się Solidarność i niezapomniana Śliwka Nałęczowska. I obiecałam przywieźć tego przysmaku jak tylko pojadę do domu, tak też się zdarzyło. Słowo się rzekło, chcąc nie chcąc, zakupiłam kilogram śliwek upchnęłam w walizce razem z butelką czystej dla L., żubrówką dla siebie i przyjechałam do Bursy.

Od razu pierwszego dnia pracy po przerwie zabrałam ze sobą całe kilo, bo głupio tak dzielić, zwłaszcza, że były w oryginalnej torbie z logiem. I w odpowiednim momencie kiedy Ali Bay był w biurze rozpakowałam worek. Obeszłam całe biuro, zakład produkcyjny sobie darowałam, zwłaszcza kiedy wszyscy zaczęli wracać po drugą śliwkę, a ja jeszcze nie obeszłam biura…

Potem zaczęli przychodzić po garści śliwek, a potem G. zapytała ile kosztuje opakowanie takie jak to i że ona da mi pieniądze, a ja mam jej kupić i przywieźć po świętach… Na koniec przyszedł nasz grubiutki przedstawiciel ze Stambułu wysypał 4 ostatnie cukierki, opakowanie wyrzucił, dał mi jedną a resztę zabrał dla siebie śmiejąc się przy tym serdecznie. Ale żeby nie było tak całkiem za darmo… Kiedy zaczęłam z G. rozmowę na temat dobrych tureckich marek win, brzuchol powiedział, żebym nic nie kupowała, bo on przywiezie mi z domu ze swojej kolekcji çok güzel wino – rocznik 1998… Szczęka mi opadła, bo taka impreza pewnie kosztuje niemało, ale realizm wziął górę: poczekaj aż zobaczysz wino w walizce, a dopiero potem będziesz się cieszyć. Nie mniej jednak brzmi zachęcająco. I ładnie wyglądałoby z taty kolekcją win…

Taka to była śliwka w czekoladzie…
_______________________________________________________________

Z rzeczy codziennych, moja parasolka, którą zostawiłam w biurze ostatniego dnia, była dokładnie tam gdzie ją zostawiłam. Moja Bu-Karta, była dokładnie tam gdzie ją zostawiłam. Natomiast w pracy pojawił się nowy osobnik pochodzenia marokańskiego, ale to już w kolejnym odcinku i muszę przyznać, że teraz to się będzie działo, już mi się sama klawiatura grzeje na myśl o tym co tu będzie opublikowane, damsko-męsko i bez cenzury.

czwartek, 21 października 2010

Anonimowo…

Od dziś można komentować posty nawet nie mając konta na gmailu. Myślę, że to ułatwi sprawę. A swoją drogą mogliście mnie wcześniej szturchnąć… Taki ze mnie haker, że dopiero teraz zobaczyłam tę możliwość. Jeżeli coś jeszcze nie gra, to dajcie proszę znać. Mam nadzieję, że głosować w sondzie można bez logowania…

Dzisiaj będzie trochę o niczym, tak anonimowo i bezosobowo. Moje życie tu trochę sie normuje w związku z tym coraz mniej rzeczy mnie zaskakuje i trochę jakby wyczerpują się pokłady kreatywności. Cóż wena jak akcje na giełdzie raz bessa raz hossa, ale zawsze w cenie jak i dobre akcje, a życie toczy sie dalej.

Tak i w Bursie (nie mylić z bursa – akademikiem) … Wstaję codziennie rano, biegnę na przystanek. Zachwycam sie kolorami nieba o wschodzie słońca. Ostatnio zachwycam sie też kolorami gór, bo ewidentnie stały sie jesienne pomarańczowo-czerwono-brązowe. Bałam się, że jesień mnie ominie tego roku, a tu taka niespodzianka… Potem zachodzę do maluśkiej piekarni po malutka pizze i butelke wody na popołudnie. Ostatnio bardzo mi nie służy klimatyzowane wnętrze biura i co rano moje gardło jest wyschnięte jak przy zapaleniu krtani. Wiec profilaktycznie, co wieczór kubek Thera-flu i tabletka do ssania.

W biurze wypracowałam sobie czas na załatwienie części swoich spraw, maili i wyszukania informacji, na które w domu nie starcza mi czasu wieczorami. A po pracy zyskałam godzinę na naukę języka tureckiego, co będzie widać po rozrastającej sie podstronie Türkçe oğreniyorum. W pracy trzeba być naprawdę ostrożnym, bo jeżeli ktoś z rodziny bossa zobaczy, że robi się coś oprócz pracy w necie to, strona zostaje zablokowana. Ale zdaje się, że nie wpadli na pomysł trakowania komputerów.

Dziś stworzyłam nową podstronę o Bursie, będą tam się znajdować rzeczy, które warto o Bursie wiedzieć i które polecam oraz te, których absolutnie nie polecam.

Do spotkania z marynarzem pozostało juz tylko 8 tygodni…, czyli tak naprawdę 8 weekendów, które trzeba jakoś zagospodarować, dopóki jeszcze pogoda dopisuje. Kiedy się już spotkamy Turcja znowu zmieni kolor, zapach i smak.

A co do pogody to naprawdę ostatnio dopisuje. Jest słonecznie i codziennie około 20 stopni już o 7 kiedy wychodzę do pracy i jeszcze o 7 kiedy wracam z pracy.

_______________________________________________________________

Dzisiaj ładowałam telefon w pracy. I kiedy za długo trzymałam go na ładowarce u E. na biurku, podszedł T. bo też chciał naładować. I oczywiście zaświecił pulpit bo oni tu są wszyscy tacy ciekawscy i odbierają swoje telefony nawzajem. Jak zobaczył G. na moim pulpicie to się skrzywił i pomachał ręką - nieee. Ja Ci dam 'nie'... Zarazo... To jest towar prawie importowany w stosunku to wszystkich tutaj, a już na pewno deficytowy i dłuuugo poszukiwany, a nie jakiś chłopek roztropek z prowincji, chociaż Made in Samsun.

czwartek, 14 października 2010

Dzień Świstaka

Czy pamiętacie fragment z tego filmu, kiedy główny bohater przechodzi przez ulicę i zawsze wpada w kałużę wody po kostkę? Jeżeli tak to dobrze, bo dziś będzie po angielsku, czyli o pogodzie.


Od dwóch dni w 'zielonej Bursie' nie przestaje padać. Ale wydaje mi się, że się nie rozumiemy. Nie przestaje to znaczy, że nie przestaje. Gdziekolwiek jesteś słyszysz nasilający się i słabnący szum deszczu. W domu nic nie schnie, a raczej mam wrażenie że dodatkowo nasiąka wodą. Papier, herbatniki przypominają raczej papkę. Ubrania zdejmuje się mokre i zakłada mokre albo wilgotne. Suche buty… marzenie. Zdarza się czasem, ale co za różnica, kiedy wystarczy 5 min na zewnątrz i woda jest wszędzie. 

Dodatkowo deszcz jest tak intensywny, że w zasadzie nie ma substancji, która by nie przemokła. Tekst 'uliczkami już strumienie wody płyną…' zyskuje tu inny wymiar, bo czasem taką uliczką płynie strumień rzeka cała jej szerokością.
I kiedy wczoraj podczas takiego upiornego deszczu szłam na busa, nie doceniłam głębokości strumienia przy krawężniku i wdepnęłam w niego w moich nowych skórzanych czółenkach… Jakież było moje zdziwienie kiedy woda wdarła się do środka góra. Zdjęłam buta i wylałam to co jeszcze nie wsiąkło, ale mokro już zostało (Jakie to niesprawiedliwe!!!) Cały dzień przesiedziałam w biurze boso, żeby buciki wyschły, i co? I na marne, bo przecież nie przestaje padać.
Dobrze zapamiętałam to miejsce, żeby dziś nie zrobić dnia świstaka. I kiedy niesiona jak czarownica siłą parasola leciałam nad strumieniem, uśpiłam swoją czujność już na początku drogi… Trzy kroki dalej czekała taka sama niespodzianka jak wczoraj i znów mokro w butach. Przecież bez kaloszy to ja długo tu nie pociągnę tylko zgniję. Przynajmniej jest cieplej niż było – 18 stopni, co daje niemiłe uczucie sauny ulicznej. Nie wspomnę o tym, że niektóre uliczki to wielkie strumienie, jak na przykład ta po której idę pod górę i widzę jak wszędzie równo po wodzie odbija się światło latarni. I nie ma jak tego ominąć.
Po drodze do pracy widziałam jeszcze kilka wywalonych studzienek z których woda wybijała na jakieś pół metra i rozlewała się dookoła powodując kałużę nie do pokonania dla niektórych samochodów. A koryta rzek, które spływają z gór i jeszcze tydzień temu były puste, wczoraj były dwa razy mniejsze niż dzisiaj. A dwa dni wcześniej były zupełnie suche.
Góry, które widać z mojego okna w pracy, dziś były przykryte chmurami jak bitą śmietaną z puszki. I kiedy na chwilę wyszło słońce wyglądało to dość bajecznie, ale oczywiście nie miałam aparatu.
Tylko nie wiem po czym poznać czy dlugo tak jeszcze będzie lało, bo świstak nie chce się wynurzyć z norki…
________________________________________________________

Druga paląca kwestia dnia dzisiejszego to to co dzieje się w pracy. Przeżyłam dziś małe załamanie nerwowe. Z jakiego powodu? NIKT MNIE NIE ROZUMIE. Niestety czuję się jak idiotka. Mój angielski ograniczył się do czasu teraźniejszego i 10-20 najprostszych wyrazów. Rok studiów w Anglii - zmarnowany. Jak tylko zacznę mówić po angielsku do tej pory rozumiejąca wszystko osoba mówi mi tylko: Sorry? A ja z uporem maniaka mówię wy-raź-niej i gło-śniej. To nic nie daje, bo ta osoba i tak odpowiada nie na moje pytanie... Postanowiłam obejść system i jak pytania klientów dotyczą dostępności danego towaru, wynotowuję niezbędne symbole i składam słowo po słowie po turecku, przekazując T. pytanie od klienta.
Jestem mu naprawdę wdzięczna, bo tylko on stara się mi pomóc zrozumieć o co tu chodzi i jak mam prawidłowo zadawać pytania i informować innych o tym co mówi klient. Może dlatego, że on też przechodził to co ja tylko 16 lat temu. T. jest Bułgarem i przeprowadził się do Turcji. Więc doskonale mnie rozumie.
Coraz więcej staram się mówić również poza biurem. To naprawdę fantastyczna przygoda, znaleźć się w zupełnie obcym miejscu bez znajomości języka. Kreatywność w komunikacji osiąga 300 procent normy.

środa, 13 października 2010

Ankieta

Jak widać blog się rozwija, co bardzo mnie cieszy i motywuje. Dlatego postanowiłam, że oddam częściowo głos czytelnikom i od dzisiaj możecie brać udział w ankiecie. Pierwsza ankieta będzie o waszej ulubionej tematyce postów. Zależy mi abyście zagłosowali, dzięki temu będę wiedziała na co zwrócić większą uwagę. Do wyboru jest: 
  • Kuchnia – czyli wszystko co związane z kulturą jedzenia w Turcji: od zasady że je się tylko prawą ręką, bo lewa to…, aż po przepisy, które sama stosuję i zacznę spisywać w wielką księgę kuchni polsko-tureckiej
  • Obyczaje – czyli wszystko co związane z tavlą, çay, kahve, meczetami itd 
  • Praca – czyli wszystko co związane z kulturą pracy w Turcji i uwierzcie mi czuć różnice 
  • Zwiedzanie – ciekawe miejsca do zobaczenia, które już widziałam albo które chcę zobaczyć
  • Damsko-męsko – tego tematu nie muszę opisywać, wszyscy wiedza o co chodzi 
  • Język – nauka języka i wszelkie związane z tym trudności i śmieszności
  • Kultura – czyli wszystko co tworzone przez człowieka, od architektury po współczesną sztukę i muzykę i film
Wiem, że jak stare chińskie przysłowie pszczół głosi: jeszcze się taki nie narodził co by wszystkim dogodził, ale… pozwólcie spróbować.
Liczę na Wasze glosy!
_______________________________________________________________________
Co do wydarzeń dni ostatnich to muszę sie pochwalić, że rozpoczęłam żmudną i czasochłonną, ale jakże zabawną komunikację po turecku w biurze. Dlaczego? Bo stwierdziłam, że szybciej ja nauczę się szczebiotać po turecku niż wszyscy w biurze po angielsku. Więcej… mam uczucie że nawet G. z która rozmawiałam po angielsku nagle przestaje mnie rozumieć. I czasem dostaję błędne informacje albo zwyczajnie powtarzam po kilka razy to samo zdanie, bo mój akcent stał się bardziej angielski? I nikt nie może mnie zrozumieć... Jak mówię po turecku też mnie nikt nie rozumie, ale przynajmniej jest zabawnie. A moje szare komórki pracują nadzwyczaj efektywnie.
_______________________________________________________________________
I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili...
Wczoraj odebrałam telefon z Kenii od G. (jak dobrze go znowu słyszeć). I z tego co ustaliliśmy to planujemy najpierw odwiedzić jego rodziców, a potem polecieć na Święta Bożego Narodzenia do Polski... Chyba nie muszę więcej nic komentować. Radość niebotyczna... Z tej okazji piosenka...

wtorek, 12 października 2010

Dzień z życia trainees...

Jestem tu juz prawie miesiąc i dzielnie zdaje relacje z pobytu w Bursie. Ale tego, co napisze dziś to jeszcze nie było. Jedyna w swoim rodzaju relacja z jednego Dnia z życia trainee.

6.00 - Pobudka
Boli oj boli... Ci, którzy mnie znają to wiedza jak bardzo mnie boli ranne wstawanie. W szczególności mama wie to najlepiej. Ale zamiast mamy mam dwa telefony jeden na 5: 50 drugi na 5: 55 i tylko raz zaspałam jak dotąd. O tej samej godzinie słychać tez muezina. Wiec jak on zaczyna wołać to znaczy że zwolnił łazienkę i wtedy ja idę pod prysznic. Jestem pierwsza na nogach z całego mieszkania, ale śniadania nie przygotowuje... O nie! W naszym mieszkaniu dobrze jest wstawać pierwszym, bo ciepła woda nie płynie z sieci tylko grzana jest przez bojler, co trochę utrudnia i kolejna osoba może mieć niespodziankę, taka jak ja pierwszego dnia...

6.30-6.55 Śniadanie, jeżeli jest czas...
Na śniadanie w Turcji najlepszy jest chleb z masełkiem i miodem albo winogronowym dżemem, który ma konsystencje płynnego miodu a kolor czekolady. Ja zakochałam się w tym przysmaku i zakaziłam moim uczuciem domowników.

6.55 Wyjście z mieszkania
To jest ostatni dzwonek żeby zdarzyć na minibusa, który zabiera mnie z przystanku pośrodku ronda i zawozi pod same drzwi firmy. Jeżeli nie zdąże to pozostaje mi metro i minibus. Wszyscy się dziwią, dlaczego chce mi się maszerować 15 min do busika przez ponoć niebezpieczna, bo cygańska dzielnice, zamiast 5 min do metra. Dla mnie to nie jest dziwne. Po pierwsze 15 min w jedna i w druga dziennie to przyjemny sport a po drugie to dogadać się gdzie chce dojechać i gdzie wysiąść i jeszcze pilnować gdzie jestem i czy na pewno w odpowiednim miejscu to za dużo jak na 7 rano. Wiec pomykam uliczka Republikańską (cumhurriyet cadessi), a po drodze kupuje za 50 kuruş - 1 lira coś na śniadanie i podwieczorek w pracy. Znalazłam coś w rodzaju pizzy turecki sucuk, pomidorki i oliwki na cieście.

7.15-7.20 Moj busik podjeżdża a ja wskakuje
Gün Aydin... I jedziemy wesoło po mieście zbierając pozostałych ludzików. Panie siedzą na pierwszej kanapie za kierowca. Starszy brat właściciela i księgowy obok kierowcy, reszta jak popadnie. Ja mam swoje ulubione miejsce przy oknie, wiec obserwuje miasto, szukam inspiracji i słucham muzyki albo lekcji po turecku na mp3. Czasem tez nasłuchuję rozmów w busie, ale słyszę głównie chłopaków z tylu, którzy nawijają slangiem. Czasem tez zupełnie odpłynę i myślę sobie jakby to było gdyby było zupełnie inaczej... Ale to jest temat na deszczowe dni.

8.00 Jestem w biurze
Najpierw komputer i maile firmowe i prywatne. Teoretycznie, kiedy chciałam zalogować się na swoja pocztę to system pokazał mi zablokowana stronę, ale Google działa i jak się kliknie na pocztę z pozycji wyszukiwarki to nie ma najmniejszych problemów żeby się zalogować. Facebook... zablokowany, NK zablokowana (skąd oni to znają?)

9.00 Śniadanko
Po mailach, herbacie i ustaleniu kolejności odpowiedzi z E zabieram śniadanko i pomykam do kuchni, tam robię sobie swoja herbatkę (niegorzka) i zajadam się śniadankiem. Często dołączam się G. a często jem sama wtedy zwiedzam zakamarki. İ tak np. odkryłam jadłospis na tablicy ogłoszeń albo kalendarz z wypisanymi na każdy dzień roku godzinami wchodu, zachodu, południa a także modlitw.

9.20-12.00 Praca
Toczy się życie w pracy od maila do maila od dokumentu do dokumentu. Czasem przerywane moimi próbami gadania po turecku. Przede mną siedzi chłopak, który jest Bułgarem i przyjechał do Turcji 16 lat temu. Nauczył się tureckiego, ale angielskiego już nie; to dzierzyj linu... (wtajemniczeni wiedza, o co chodzi). Jak zostajemy sami w biurze to on jest bardziej skory do rozmowy i powoli i wyraźnie pyta mnie o rożne rzeczy, np. dziś o to, co zwiedziłam w Bursie i jakie mam plany i ile tu zostanę. Zauważyłam, ze to bardzo ważne dla mojej nauki, bo najlepiej pamiętam to, co już powiedziałam nawet raz.

12.00 - 13.00 Lunch
Przerwa od pracy i czas na pogaduchy na stołówce. Zazwyczaj kobiety jedzą przy jednym stoliku a faceci hierarchia to znaczy umysłowi z umysłowymi a produkcja razem. Nie ma jednak wyjątku i wszyscy jak jeden mąż odwracają głowy i patrzą, kiedy wchodzę i muszę powiedzieć że ciężki jest ten wzrok oj ciężki: w co jestem ubrana, jaka mam minę, i na widok, czego się skrzywię. Niestety nie że mną takie numery. Ubieram się bardzo klasycznie i konserwatywnie i to nie ja się krzywię na widok jedzenia, jak co po niektórzy na widok wieprzowiny mogliby się skrzywić.

13.00 - 18.00 Praca
İ o tej porze praca się rozkręca. Przygotowywane są transporty do portu w Bursie albo w Stambule, albo paczki dla DHL albo różne inne jeszcze. A ja odpowiadam na maile i próbuje ugryźć różne tematy o tyle o ile, bo nie wszystko mi wolno. A w międzyczasie prasówka po polsku, angielsku i czasem turecku.

18.00 - 19.00 Powrót
İ znów wesoła wycieczka ładuje się do busika i tak samo jak rano, ale w przeciwna stronę. A ja powtarzam, co się nauczyłam tego dnia i chwale się F. albo G.

19.00 Home cold home
Po szybkich zakupach i marszu jestem w domku i gotuje kolacyjkę w cieplutkich pluszowych balerinach o których marzyłam cały dzień. A na kolacyjkę jajeczniczka albo talerz rozmaitości, albo ryz,warzywa i kurczaczek, jeżeli pamiętałam o wyjęciu kawałka z zamrażalnika.

Około 20.00 Mam już chwile dla siebie, a to dobre prawda?
Ale jeszcze jakieś drobne sprzątanko albo pranko. Do 23.00 - 0.00 czas leci jak z bicza strzelił i tak dzień w dzień. Ale pomimo, że jestem nocnym Markiem i bardzo lubię cicha ciemna noc, kiedy dom śpi, a ja mogę tworzyć i szukać inspiracji, to staram się nie kłaść później niż o północy, bo 6 godzin snu to na prawdę mało. I tak skróciłam swój tryb odpoczynku do 1/4 doby.

Tak wygląda dzień z życia trainees w Turcji i raczej nie różni się niczym bez względu na firmę czy miasto. Ewentualne różnice polegają na zmianach godzin wstawania albo posiłków. A my, trainees z całego świata, dopasowujemy się do tych trybików na pół roku albo na rok.

Dobranoc

sobota, 9 października 2010

Urodziny najmłodszej z nas… z łezką wspomnień

Pierwsze urodziny w mieszkaniu. Trzeba żeby były wyjątkowe. Więc w tajemnicy przed solenizantką umówiliśmy się, że kupujemy prezencik i słodycze. A L. sama chciała kupić ciasto i zaprosiła swoich gości. Było nas w sumie 8 osób najbliższych znajomych L. Zaczęło się delikatną wprawką w mieszkanku, a główną imprezkę przenieśliśmy do pubu (prawdziwego pubu) z muzyką na żywo, który jest niedaleko naszego mieszkania. Prezentem był ciepły szal polarowy na chłodne i deszczowe wieczory, pudełko baklavy i materiałowy kwiatek. Coś wesołego, coś ciepłego i słodkiego. 

Był tort z 18 świeczkami (chociaż L. ma lat 18 + VAT), było Happy Birthday, był prezent, była piosenka od E., bo go nie było z nami. Było wszystko i to wszystko przypomniało mi moje urodziny, które spędzałam w Anglii. I podczas, których poznałam G. Łza się w oku kręci, gdy to piszę, bo gdyby nie te zwariowane urodziny to przecież by mnie tu nie było… Never underestimate the role of coincidence in your life... ("Whatever works") Moje pamiętne: Hey! Smile! – które G. cały czas mi przypomina, strasznie mu zakręciło w głowie. Bo co to za tajemnicza dziewczyna, która podchodzi to poważnego chłopaka i mówi, żeby się uśmiechnął, a potem z tego co pamiętam ucięliśmy sobie pogawędkę na tematy polityczne. Jak to na pierwsze spotkanie przystało to przecież bardzo romantyczny temat.

Nasze krótkie spotkanie obserwował S. – mój serdeczny przyjaciel z Salford i skwitował je krótko: He is into you girl! – Wpadłaś mu w oko dziewczyno! I chyba miał rację. Od razu znalazł mnie na FB i powoli oczarowywał aż do dziś.

Ta impreza coraz bardziej przypominała mi studenckie życie w Anglii. Ale ten pub do którego poszliśmy na koniec, był po prostu bezbłędny. To była dla mnie mentalna wyspa angielskojęzyczna pośrodku 4 południowych mórz. Zespół, który grał europejską muzykę po angielsku… wystrój poprawnie irlandzki i barmani mówiący po angielsku. Jedyne co przerywało moją podróż w czasoprzestrzeni to "Tesekkurler, Sagol" na koniec każdej piosenki, zamiast "Cheers guys".

Potem udaliśmy się w jeszcze jedno miejsce, słynny Kat3 (=katuç) czyli ulubiona imprezownia AIESEC Bursa, dość przyjemne miejsce, trochę dziwne, że takie puste w piątek wieczorem. Tam też była muzyka na żywo i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że zdecydowanie bardziej wolimy nawet tureckie przeboje, ale w wykonaniu na żywo. Mężczyźni w Turcji są na prawdę rozśpiewani. Nawet w pracy kiedy gdzieś jakaś melodia przebrzmi przez ściany biura, zaraz słyszę mruczando zza męskich biurek, i nawet co po niektórzy zaczynają dorzucać słowa. A z tego wieczoru w głowie została mi kolejna melodia... 



Tego wieczoru bardzo brakowało mi marynarza. Pomimo tego, że impreza była przednia i naprawdę wszyscy dobrze się bawili, tort był pyszny i muzyka taką jak każdy z nas lubi najbardziej. To nie potrafiłam się do końca wczuć w nastrój, bo kogoś mi brakowało. Czuje na sobie jakieś piętno ostatniego pobytu w Turcji. Kiedy wszystkim zajmował się G. Nie miałam problemów z językiem, bo go przecież nie używałam. Nie miałam problemu z zawyżonymi cenami, bo przecież Turka nie oszukają, ani nie naciągną. Wszystko było jakieś inne i zawsze miałam się za kogo schować.

Podczas kolacji w domu koleżanki Turczynki, której tata jest kapitanem statku, zapytałam jej mamę jak to jest być żoną kapitana. A ona podniosła zaciśniętą pięść do góry i składając jedno zdanie z wyrazów które znała w 3 językach, dodała mi siły na chwile zwątpienia: 

Żony marynarzy to silne kobiety.

czwartek, 7 października 2010

Szklana pogoda... i hebrata

A miało być tak pięknie... Zima w ciepłych krajach i znów mnie los wyrolował. Na szczęście wczoraj zdążyłam kupić parasolkę, ale kaloszków już nie. Cały dzień pada deszcz, przelotnie to on nawet leje. Kiedy to piszę to nawet poważnie leje co słyszę na parapecie za oknem. I chociaż ludzie tu często zostawiają buty przed progiem i one sobie stoją na korytarzu, to ja jednak postanowiłam moją parasolkę zabrać do domu, bo jutro też będzie padać i niech ona przyda się mi.

Po dotarciu do pracy, E. z przerażeniem w oczach zapytał czy oglądałam prognozę pogody na nadchodzących kilka miesięcy, bo przecież zapowiadają zimę tysiąclecia!!! Hay Allah!!! przeraziłam się nie na żarty, ale zaraz poszłam po rozum do głowy:
- E., co to jest zima tysiąclecia? Ile będzie stopni i śniegu?
- A nawet -5 stopni i śnieg spadnie!!!
- Popatrz, popatrz, w Polsce było ostatnio -30 i w ciągu jednej nocy spadło co najmniej pół metra śniegu...

Ubawiłam wszystkich setnie, ale jeden starszy Pan powiedział, że nie wierzy. I wcale mu się nie dziwie, bo ja też bym nie uwierzyła, gdybym nie zobaczyła.

Czas brać się do pracy... A dziś się nauczyłam na prawdę sporo. Cały czas poznaję proces od zamówienia do dostarczenia towaru do nabywcy. Zaglądam w coraz więcej kątów i na coraz to inne biurka i jeszcze w coraz inne programy w komputerze. Dziś na przykład wystawiłam pierwszą proformę i wygenerowałam list załadunkowy. Pięknie to wszystko funkcjonuje i każda osoba ma inną działkę do zrobienia.

Nawet Abla jest niezbędna w takiej firmie. Co robi Abla? Abla - to "starsza siostra" i tak wszyscy zwracają się do niej jeżeli są młodsi. Zadaniem Abli jest:
- sprzątanie całej firmy
- w naszej firmie podaje obiad, który zamawiany jest z restauracji, w niektórych firmach dodatkowo gotuje ten obiad i podwieczorki
- najważniejszym zadaniem Abli jest podawanie herbaty w tulipanowych szklaneczkach i tureckiej kawy w filiżaneczkach w towarzystwie szklanki wody.

Można myśleć, że przecież takie podawanie herbaty to nic ciężkiego do zrobienia. Ale nie w Turcji... Herbata i kawa mają tu specjalne znaczenie. Picie herbaty jest początkiem wszystkiego i końcem wszystkiego. Nawet przyjęcie zaręczynowe polega na zaparzeniu kawy i herbaty w tradycyjny tureckie sposób (o tym później, bo w przyszły tydzień wybieram się do Stambułu odwiedzić rodzinę G. - świeżo upieczone małżeństwo, więc będę miała wieści z pierwszej ręki). Targowanie w porządnym sklepie zaczyna się od herbaty. Dobry obiad w średniej restauracji kończy się podaniem herbaty, która jest wliczona w cenę posiłku. Wizyta gości w domu zaczyna się i kończy od podania herbaty albo kawy w zależności od upodobań.

W Turcji mnóstwo jest miejsc, gdzie od samego świtu rozstawione są stoliki na chodniku i można zjeść coś w stylu naszej drożdżówki ale na słono i wypić tulipanek herbaty. Przez cały dzień te miejsca serwują herbatę. A wygląda to tak, że cały czas po ulicach przemykają młodzi albo starszy panowie z tacą na haczykach i 5-6 szklaneczkami herbaty, biegną do sklepu po drugiej stronie ulicy, bo tam właśnie jest czas na herbatę. Kubki, szklanki i łyżeczki są podgrzewane ciepłą wodą, zanim naleje się do nich herbaty. A jak nie zrobiłam tego to Abla się skrzywiła, zabrała mi z ręki kubek odstawiła i podała nową herbatę prawidłowo przygotowaną.

Są tu specjalne czajniki i całe maszyny do parzenia herbaty i specjalne rondelki do gotowania kawy. To według mnie piękna kultura picia herbaty. I staram się ją kultywować. Jedyne co mi przeszkadza to to że ta herbata jest za mocna i przez to gorzka, więc muszę nauczyć się to powiedzieć i powiedzieć, żeby Abla lała mniej esencji a więcej wody. Jak się nauczyłam mówić, że jestem głodna to nakłada mi ekstra porcje lunchu.

Na koniec dodam, że G. nie pije w pracy "cay"... G. od dzisiaj pije "herbatę" i jest z tego dumna. Temat herbaty na pewno jeszcze nie raz pojawi się w kolejnych wpisach.