Blog dostępny również pod adresem izabelaszmit.wordpress.com
(dostęp do serwisu blogspot został częściowo utrudniony w Turcji)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lutego 2011

Drugie spotkanie grupy do spraw cudzoziemców

W ostatnią środę odbyło się generalne spotkanie Foreigners' Working Group, poprowadzone przez nową przewodniczącą - Anyę. Znów było bardzo owocnie, trochę burzliwie i baaardzo międzynarodowo.

wtorek, 15 lutego 2011

Strajk głodowy

Zawiodłam się... pierwszy raz zawiodłam się na tureckiej kuchni. Do tej pory było dobrze, czasem nawet lepiej, ale jutro ogłoszę strajk głodowy.

czwartek, 10 lutego 2011

Budując społeczeństwo obywatelskie

Pierwsze robocze spotkanie zarządu grupy do spraw cudzoziemców w Bursie za nami. Było bardzo pracowicie, wyczerpująco i owocnie zarazem.

czwartek, 20 stycznia 2011

Yabancilar Çalişma Gburu – odsłona druga

Pamiętacie moją pierwszą przygodę z radą miasta pod koniec października? Bardzo krótko po niej wróciłam do Polski i nie mogłam uczestniczyć w spotkaniach z grupą ds cudzoziemców w Bursie. Wczoraj natomiast odbyło się pierwsze spotkanie w nowym roku.

środa, 29 grudnia 2010

wtorek, 7 grudnia 2010

Przeprowadzka epizod 2. – Impreza

Po tym poście niektórzy pomyślą, że jestem złośliwa, inni że jestem wredna, a jeszcze inni, że nie warto czytać dalej bloga. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, ten post ma na celu piętnowanie nieodpowiedzialnych i lekkomyślnych zachowań. 

W zasadzie nie wiem od czego zacząć, ale chyba chaos posta najlepiej odda chaos tego co się działo. Nasza współlokatorka postanowiła zrobić imprezkę z barbeque na balkonie i zaprosić chyba wszystkich Marokańczyków, którzy aktualnie są stanu wolnego w Bursie. Mało że Marokańczyków, ale i znalazł się jakiś Libańczyk, którego współlokatorka zna tylko z Internetu… bosko, po prostu coraz lepiej. Nie to żebym miała coś do jakiejś narodowości, czasem jednak odczuwam dyskomfort przebywania w towarzystwie, którego w ogóle nie znam.

Kiedy impreza trwała w najlepsze, a dym był wszędzie oprócz pokoju, który okupowałam po powrocie, na scenie wystawiano 'Niemoralne propozycje', nagle współlokatorka spiesznym krokiem wróciła do swojego pokoju. A w hallu rozpoczęła się dyskusja pomiędzy jednym Marokańczykiem a P. Po około pół godzinie współlokatorka znów wyszła na scenę i dała przedstawienie, bo zaczęła wyrzucać z mieszkania Marokańczyka, z czego on sobie niewiele robił. A cóż takiego się stało?

Wróćmy teraz do pierwszego dnia w pracy po przerwie, kiedy w biurze pojawił się nowy osobnik pochodzenia marokańskiego. I tu poproszę werble… napięcie rośnie… otóż on był tym wyrzucanym Marokańczykiem. Tak i nie inaczej. A mówią, że w Bursie mieszka około 1,5 miliona ludzi w tym 2000 cudzoziemców, a on musiał trafić do Karkentu. Kiedy już intuicyjne doszłam do tego, że to musiał być on, pomyślałam, że skoro na imprezie ubawiłam się tyle co pies w pustej studni, to teraz sobie odrobię. Rozmowa w biurze zeszła na ślub i pytanie do kolegi czy chciałby ożenić się z turecką dziewczyną.

  • Wołałbym Europejkę – odpowiedział
  • Moja współlokatorka jest wolna – powiedział wujek cięta riposta, czyli ja
  • Nie ona jest zbyt konserwatywna – i tym razem on był sprite, a ja pragnienie, zastrzelił mnie tym. Zaraz wyjdzie, że to ja rozpustnica Marokańczyków kusze.
  • Dlaczego tak myślisz? (Po czym wnosisz Watsonie?)
  • Bo w czasie imprezy się obraziła, kiedy wetknąłem jej pieniądze za dekolt, ale to był taki żart, wiesz, o co chodzi? – teraz to już jesteś sprite z wódką kolego
  • Oczywiście, że rozumiem, o co chodzi, nie mam pojęcia, czemu się obraziła, przecież to normalne…
Imiona i narodowości zostały zmienione, a wszelkie podobieństwo osób i wydarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Śliwki w czekoladzie

Baklava baklavą, ale kilogram śliwek zniknął jak w królik w kapeluszu…

Jeszcze przed powrotem do Polski rozmawialiśmy w pracy o słodyczach polskich i tureckich. Pytano mnie co jest takiego typowego dla Polski i dla mojego regionu. Przez chwilę się zawahałam, ale potem przypomniała mi się Solidarność i niezapomniana Śliwka Nałęczowska. I obiecałam przywieźć tego przysmaku jak tylko pojadę do domu, tak też się zdarzyło. Słowo się rzekło, chcąc nie chcąc, zakupiłam kilogram śliwek upchnęłam w walizce razem z butelką czystej dla L., żubrówką dla siebie i przyjechałam do Bursy.

Od razu pierwszego dnia pracy po przerwie zabrałam ze sobą całe kilo, bo głupio tak dzielić, zwłaszcza, że były w oryginalnej torbie z logiem. I w odpowiednim momencie kiedy Ali Bay był w biurze rozpakowałam worek. Obeszłam całe biuro, zakład produkcyjny sobie darowałam, zwłaszcza kiedy wszyscy zaczęli wracać po drugą śliwkę, a ja jeszcze nie obeszłam biura…

Potem zaczęli przychodzić po garści śliwek, a potem G. zapytała ile kosztuje opakowanie takie jak to i że ona da mi pieniądze, a ja mam jej kupić i przywieźć po świętach… Na koniec przyszedł nasz grubiutki przedstawiciel ze Stambułu wysypał 4 ostatnie cukierki, opakowanie wyrzucił, dał mi jedną a resztę zabrał dla siebie śmiejąc się przy tym serdecznie. Ale żeby nie było tak całkiem za darmo… Kiedy zaczęłam z G. rozmowę na temat dobrych tureckich marek win, brzuchol powiedział, żebym nic nie kupowała, bo on przywiezie mi z domu ze swojej kolekcji çok güzel wino – rocznik 1998… Szczęka mi opadła, bo taka impreza pewnie kosztuje niemało, ale realizm wziął górę: poczekaj aż zobaczysz wino w walizce, a dopiero potem będziesz się cieszyć. Nie mniej jednak brzmi zachęcająco. I ładnie wyglądałoby z taty kolekcją win…

Taka to była śliwka w czekoladzie…
_______________________________________________________________

Z rzeczy codziennych, moja parasolka, którą zostawiłam w biurze ostatniego dnia, była dokładnie tam gdzie ją zostawiłam. Moja Bu-Karta, była dokładnie tam gdzie ją zostawiłam. Natomiast w pracy pojawił się nowy osobnik pochodzenia marokańskiego, ale to już w kolejnym odcinku i muszę przyznać, że teraz to się będzie działo, już mi się sama klawiatura grzeje na myśl o tym co tu będzie opublikowane, damsko-męsko i bez cenzury.

środa, 20 października 2010

O tym co mi wolno, a czego nie wolno

Dziś będzie trochę absurdalnie, ale Turcja trochę właśnie taka absurdalna jest. Tylko tacy ludzie jak ja próbują szukać w tym chaosie porządku…

Zacznijmy od tego co mi tu wolno. Mogę:

  • tu mieszkać bo mam już pozwolenie na pobyt
  • wydawać pieniądze, bo zarabiać to nie bardzo
  • przechodzić w dowolnym miejscu przez ulicę i nawet na czerwonym
  • nie zmywać kubka po herbacie w pracy
  • wpychać się do metra, zanim wszyscy wysiądą, chociaż na to kultura mi nie pozwala


    i to byłoby w zasadzie na tyle.
Przejdźmy do tego co mi nie wolno. To proste, krótko mówiąc nie wolno mi wszystkiego pozostałego… I wcale nie żartuję. Ten kraj jest bogaty w smaki i zapachy, ale jeżeli chodzi o swobody obywatelskie to naprawdę kiepsko. Nie wszystko zabronione jest prawem, czasem zakaz objawia się brakiem przyzwolenia społecznego, co może boleć znacznie bardziej. Sprawdźmy. Postaram się wszystko jasno wytłumaczyć, żeby mi potem nikt nie chodził i nie mówił, że w Turcji to nie można tego i tamtego, BO TAK.


  1. Po pierwsze i najważniejsze nie mogę tu kupić wieprzowiny, więc żegnajcie schabowe. Niektórzy twierdzą, że gdzieś można znaleźć to "brudne mięso", ale nikt go nie widział. Dlaczego tak jest? Bo świnia je wszystko, to czego nie zje człowiek i do tego jeszcze mieszka w chlewie i siedzi w g….. Dlatego dla muzułmanów to "brudne zwierze". Dziwne, że dla nas nie. Więc z reguły nie dostaniemy wieprzowiny w krajach muzułmańskich na wolnym rynku. Oczywiście od reguły są wyjątki, np. hotele europejskiej w swoich restauracjach zadbają o nasze niewybredne brzuszki i czasem zaserwują wieprzowinę. 
  2. Po drugie i najważniejsze nie wolno mi tu mieszkać gdzie chcę i z kim chcę. Kraj i miasta podzielone są na niewidzialne dzielnice, w których niedopuszczalne jest mieszkać z mężczyzną, z którym nie jest się w związku małżeńskim, a czasem nawet i z koleżanką. Dlaczego tak się dzieje? Wszystko może wskazywać na nielegalne związki. Tak więc na przykład będąc nieżonatym mężczyzną nie można mi nocować u żonatego przyjaciela w domu, bo kiedy on wyjdzie nawet na chwile z domu, może to budzić podejrzenia, że ja z nią w tym czasie… Będąc natomiast niezamężna kobietą wolno mi nocować u zamężnej przyjaciółki, ale nie wolno mi mieszkać z nieżonatym (z żonatym tym bardziej nie) mężczyzną. Nawet trzy Europejki w jednym mieszkaniu mogą w niektórych miejscach budzić oburzenie, o zainteresowaniu to już nawet nie mówię. Będąc zajętą jak ja kobietą, nie powinno się mieszkać z chłopakami i dziewczynami w wynajętym mieszkaniu… tak jak ja właśnie robię… Jak poznać takie miejsce? Nie mam pojęcia… jeszcze, ale lokalsi wiedzą. To szczególnie widać w takich miastach jak Stambuł i Izmir, bo tam będą i takie i takie dzielnice, natomiast w większości miast w Turcji przeważają czarne plamy na planach miast.
  3. Po trzecie i najważniejsze w Turcji zakazane jest obrażanie najważniejszej osoby dla Turków, a tą postacią jest Mustafa Kemal Atatürk. Kim był Atatürk? Najkrócej mówiąc to taki nasz Józef Piłsudski. Atatürk uważany jest w Turcji za twórcę świeckiej republiki. Po objęciu władzy Atatürk wprowadził 4 poważne reformy. Między innymi reformę języka i od tego momentu zmienił się alfabet i słownictwo. Można powiedzieć, że język turecki został stworzony wtedy i dlatego jest taki uporządkowany i pełen reguł. Turcy są Atatürkowi niezmiernie wdzięczni za to co zrobił, dlatego w każdym budynku wisi jego portret, a w każdym mieście stoi jego pomnik, a czasem nawet muzeum.
  4. Po czwarte i również najważniejsze zakazane jest używanie Youtube (a władze zastanawiają się nad zakazaniem Facebooka - więcej tutaj) właśnie ze względu na Atatürka. Plotka głosi, że pewien młody i niepokorny Grek umieścił na Youtubie film obrażający Atatürka i w związku z tym władze uznały tę stronę za szerzącą zło i zakazały jej używania w całym kraju. Ostatnie artykuły w angielskim wydaniu Hurriyeta, którego czytuję w pracy, wskazują na to, że podobny los spotka Facebook. Właściciele FB niewiele sobie z tego robią, pomimo, że według badań Turcja jest 4 ilościowo użytkownikiem.
  5. Pomimo, że Facebook nie jest zakazany wszędzie w Turcji, to jest on często blokowany przez firmy w miejscach pracy, np. u mnie. Taka blokada spotyka sporo stron i jak obserwuję poszerza się grono zablokowanych portali. Ostatnio np. nie czytuje już tureckiego wydania Hurriyeta, bo jest zablokowane. Dla porównania, to tak jakby zablokować w Polsce Gazetę.pl. Tfu tfu tfu całe szczęście, że mi jej jeszcze nie zablokowali.
  6. Muszę też uważać na to, co robię w pracy. Tam też, jak się dowiedziałam dziś obowiązują surowe zasady i co wolno wojewodzie, to nie Tobie smrodzie. Palić w budynku można tylko córce właściciela. Ostatnio G. przekazała mi, że kuzyn właściciela zwrócił jej uwagę, że nie powinnyśmy śmiać się zbyt głośno podczas obiadu. Powiedziałam jej, żeby powiedział mi to wprost, tylko po angielsku, bo przecież tureckiego nie rozumiem, a on angielskiego. A dziś dowiedziałam się, że w pracy nie można nic oprócz pracowania. To znaczy, że można wszystko, ale tak, żeby nikt inny nie widział, a w szczególności szef, więc odbieranie maili prywatnych – zabronione, słuchanie radio – zabronione, gadanie – zabronione, włóczenie się – zabronione, czytanie gazet online – zabronione, układanie pasjansa – zabronione.
  7. A na koniec najlepsze… w Turcji zabronione jest noszenie chust zakrywających włosy… na uczelniach wyższych i pracując w miejscach publicznych, takich jak urzędy, szpitale, prawdopodobnie szkoły również. Teraz w Turcji trwa ważna debata, ponieważ do władzy doszła partia reprezentująca islamskie poglądy i chce znieść ten zakaz. Więcej tu. W zasadzie każdego kogo spotykam pytam o poglądy na ten temat. I uwierzcie, że tyle ile osób tyle poglądów. Ja osobiście miałam wyrobione zdanie, ale po ostatnich artykułach, które czytałam gdzieś zgubiłam pewność siebie i poglądów. Jak już będę wiedziała co o tym myśleć to na pewno napiszę. Póki co siedzę na płocie jak na politologa przystało i widzę racje zarówno jednych jak i drugich. Dlaczego? Bo z jednej strony jak tu chwalić się świeckim państwem skoro nie traktuje się równo wszystkich swoich obywateli i nie toleruje się zachowań cechujących główną religię w kraju. Z drugiej zaś strony zakrywająca włosy fundamentalna lekarka będzie mogła odmówić leczenia mężczyzny, tylko dlatego, że jest mężczyzną a ona kobietą?
  8.  
    I to byłoby na tyle z rzeczy najważniejszych i najciekawszych. Jeżeli kogoś to zdziwiło, zasmuciło, ucieszyło albo zdenerwowało to zapraszam do komentowania i pisania maili.


    P.S. Dziękuję też za już wysłane maile i za odzewy z różnych stron Polski i Europy.
    _______________________________________________________________

    A teraz specjalne pozdrowienia dla KWA, która nie bała się niczego i pokonała biurokratyczną machinę w pogoni za szczęściem i swoim Bibi. I pozdrawiam Bibiego, który nie bał się niczego nawet polskiej zimy w pogoni za swoją hot polish girl. I kiedy się już dogonili to wzięli ślub 7 października. A mnie tam nie było… ale życzę im dużo dzieci, małych, drobnych i kolorowych…

    czwartek, 7 października 2010

    Szklana pogoda... i hebrata

    A miało być tak pięknie... Zima w ciepłych krajach i znów mnie los wyrolował. Na szczęście wczoraj zdążyłam kupić parasolkę, ale kaloszków już nie. Cały dzień pada deszcz, przelotnie to on nawet leje. Kiedy to piszę to nawet poważnie leje co słyszę na parapecie za oknem. I chociaż ludzie tu często zostawiają buty przed progiem i one sobie stoją na korytarzu, to ja jednak postanowiłam moją parasolkę zabrać do domu, bo jutro też będzie padać i niech ona przyda się mi.

    Po dotarciu do pracy, E. z przerażeniem w oczach zapytał czy oglądałam prognozę pogody na nadchodzących kilka miesięcy, bo przecież zapowiadają zimę tysiąclecia!!! Hay Allah!!! przeraziłam się nie na żarty, ale zaraz poszłam po rozum do głowy:
    - E., co to jest zima tysiąclecia? Ile będzie stopni i śniegu?
    - A nawet -5 stopni i śnieg spadnie!!!
    - Popatrz, popatrz, w Polsce było ostatnio -30 i w ciągu jednej nocy spadło co najmniej pół metra śniegu...

    Ubawiłam wszystkich setnie, ale jeden starszy Pan powiedział, że nie wierzy. I wcale mu się nie dziwie, bo ja też bym nie uwierzyła, gdybym nie zobaczyła.

    Czas brać się do pracy... A dziś się nauczyłam na prawdę sporo. Cały czas poznaję proces od zamówienia do dostarczenia towaru do nabywcy. Zaglądam w coraz więcej kątów i na coraz to inne biurka i jeszcze w coraz inne programy w komputerze. Dziś na przykład wystawiłam pierwszą proformę i wygenerowałam list załadunkowy. Pięknie to wszystko funkcjonuje i każda osoba ma inną działkę do zrobienia.

    Nawet Abla jest niezbędna w takiej firmie. Co robi Abla? Abla - to "starsza siostra" i tak wszyscy zwracają się do niej jeżeli są młodsi. Zadaniem Abli jest:
    - sprzątanie całej firmy
    - w naszej firmie podaje obiad, który zamawiany jest z restauracji, w niektórych firmach dodatkowo gotuje ten obiad i podwieczorki
    - najważniejszym zadaniem Abli jest podawanie herbaty w tulipanowych szklaneczkach i tureckiej kawy w filiżaneczkach w towarzystwie szklanki wody.

    Można myśleć, że przecież takie podawanie herbaty to nic ciężkiego do zrobienia. Ale nie w Turcji... Herbata i kawa mają tu specjalne znaczenie. Picie herbaty jest początkiem wszystkiego i końcem wszystkiego. Nawet przyjęcie zaręczynowe polega na zaparzeniu kawy i herbaty w tradycyjny tureckie sposób (o tym później, bo w przyszły tydzień wybieram się do Stambułu odwiedzić rodzinę G. - świeżo upieczone małżeństwo, więc będę miała wieści z pierwszej ręki). Targowanie w porządnym sklepie zaczyna się od herbaty. Dobry obiad w średniej restauracji kończy się podaniem herbaty, która jest wliczona w cenę posiłku. Wizyta gości w domu zaczyna się i kończy od podania herbaty albo kawy w zależności od upodobań.

    W Turcji mnóstwo jest miejsc, gdzie od samego świtu rozstawione są stoliki na chodniku i można zjeść coś w stylu naszej drożdżówki ale na słono i wypić tulipanek herbaty. Przez cały dzień te miejsca serwują herbatę. A wygląda to tak, że cały czas po ulicach przemykają młodzi albo starszy panowie z tacą na haczykach i 5-6 szklaneczkami herbaty, biegną do sklepu po drugiej stronie ulicy, bo tam właśnie jest czas na herbatę. Kubki, szklanki i łyżeczki są podgrzewane ciepłą wodą, zanim naleje się do nich herbaty. A jak nie zrobiłam tego to Abla się skrzywiła, zabrała mi z ręki kubek odstawiła i podała nową herbatę prawidłowo przygotowaną.

    Są tu specjalne czajniki i całe maszyny do parzenia herbaty i specjalne rondelki do gotowania kawy. To według mnie piękna kultura picia herbaty. I staram się ją kultywować. Jedyne co mi przeszkadza to to że ta herbata jest za mocna i przez to gorzka, więc muszę nauczyć się to powiedzieć i powiedzieć, żeby Abla lała mniej esencji a więcej wody. Jak się nauczyłam mówić, że jestem głodna to nakłada mi ekstra porcje lunchu.

    Na koniec dodam, że G. nie pije w pracy "cay"... G. od dzisiaj pije "herbatę" i jest z tego dumna. Temat herbaty na pewno jeszcze nie raz pojawi się w kolejnych wpisach.

    środa, 6 października 2010

    Multilingual...

    Dziś będzie o tym jak bardzo Karkent jest międzynarodowy. 

    Zaczęło się od tego, że we wtorek zaraz przed wyjściem po pozwolenie na pobyt, zobaczyłam w poczcie maila po niemiecku. Uradowana możliwością przećwiczenia moich szarych komórek, zakrzyknęłam:
    - E. can I answer this? - mogę odpowiedzieć na to.
    - Sure if you can? - Oczywiście jeżeli potrafisz.
    Kto??? że ja? nie potrafię? Odpisałam. Po moim wyjściu Pan z maila zadzwonił i biedny E. musiał się produkować. Zdołał powiedzieć tylko, że Miss Izabela Szmit nie jest biurem... w sumie się zgadza...A Pan z telefonu poinformował go, że zadzwoni jutro po 10. Hay Allah! Zrobiło mi się ciepło jak to usłyszałam. Ale słowo się rzekło. Co prawda pisałam w mailu, że preferuję korespondencję niż rozmowę, ale skoro musi usłyszeć mój głos.Na kartce przygotowałam niezbędne słownictwo z zakresu prowadzenia biura i działki tekstylnej.

    Jestem więc w pracy i walczę z mailami w ojczystym języku. Walczę i próbuję się porozumieć z pracownikami biura w języku tureckim. Czasem nawet czuję się jakbym walczyła ze sobą kiedy po 10 powtarzam to samo zdanie po angielsku, bo nikt nie rozumie mojej wymowy (i po co było jechać na studia do Anglii?). Aż tu nagle dzwoni mój telefon na biurku... Oczy zrobiły mi się jak 5 zł, a wszyscy odwrócili się do mnie i patrzą, a ja jak to ja pokazałam palce na siebie, pytając czy to na pewno do mnie. Kiedy podniosłam słuchawkę F. z recepcji powiedziała kto dzwoni i się rozłączyła.

    - Guten Tag Herr Zoran! - a w głowie: Co ja gadam i jak to bez sensu brzmi...
    - Guten Tag Frau Izabela! - to brzmi jeszcze śmieszniej...
    itd. itp.
    Byłoby znacznie prościej gdyby obok mnie właśnie nie toczyła się gorąca dyskusja po turecku. Przyciskając jedną ręką słuchawkę do ucha, a drugą zatykając drugie ucho, usiłowałam rozgrzać szare komórki i dogadać się z człowiekiem. Po dłuższej chwili stwierdziliśmy, że lepiej będzie jak napisze o co mu chodzi w mailu. I chwała mu za to...

    Potem jeszcze telefon z Polski i kilka maili. Kilka zdań po turecku i gadanie po angielsku. Nawet nie wiedziałam kiedy dzień zleciał i kolejne herbaty. I odwiedziny w dziale księgowości po długopis. Wyobrażacie sobie jak zasuwam po schodach z wyuczonym jednym zdaniem po turecku powtarzanym jak mantrę na każdym schodku, wchodzę do pokoju, a tam wszyscy : Isabel !!! Merhaba, hał ar ju? - Aaa, yyy, hmm, co to ja chciałam, zapomniałam... Bir tane... ale czego...

    W międzyczasie w biurze pojawił się klient, który odebrał telefon mojego szefa w języku francuskim. E. również mówił do niego po francusku i jak się okazało po arabsku też. Z E. komunikujemy się "po swojemu" on po rosyjsku a ja po polsku. A na koniec jest jeszcze jeden chłopak który mówi po bułgarsku. I'm loving it...

    Podsumowując:
    - turecki - oficjalny
    - angielski - oficjalny tylko w niektórych kręgach i przy niektórych stolikach na stołówce
    - polski
    - rosyjski
    - arabski
    - francuski
    - bułgarski
    - niemiecki

    Lepiej być nie mogło. Z tego ja poruszam się w 5 z nich...

    Czy ktoś pamięta jak mówiłam, że nudzi mi się pracując w jednym języku? To już mi się przestało nudzić... Jest w sam raz...

    wtorek, 5 października 2010

    Zostaję...

    Dzisiejszy dzień był na prawdę udany. Poza pracą i pięknym, rześkim wschodem słońca, dostałam dziś pozwolenie na pobyt... Co sprawia, że zostaję tu na rok.  Yaaaayyyy !

    Udałam się do Yabancilar subasi - wydziału dla cudzoziemców, bo o to szczęśliwie przyszedł przyszedł dzień wyznaczony przez policję. I po dotarciu na miejsce okazało się, że wszystkie paszporty i pozwolenia już są gotowe oprócz mojego... Nie powiem, ciśnienie mi się podniosło i żołądek zacisnął. Kiedy już pakowałam w myślach walizki, policyjny urzędnik przybył z moim paszportem i pozwoleniem. Ufff ! Czy ja tu na prawdę muszę się wrzodów żołądka nabawić, żeby wszystko uczciwie załatwić?

    A na koniec spełniam prośbę o więcej zdjęć...


    po drodze na busa, przed wschodem słońca

    budzi się miasto ze snu, a ja z nim
    meczecik
    meczecik z drugiej strony
    takie uliczki nie przerażają tu nikogo,
    a ja tylko zapieram się nogami i rękami w busiku w drodze do pracy
    o tym już pisałam... to jest słynny pomnik krokodyla,
    który powinnam znaleźć, że wsiąść do busika do pracy

    widok na dolinę i góry

    wschód słońca

    z tej uliczki wyszłam

    gdzieś tam Uludag

    wschód słońca

    meczecik jakich tu całe mnóstwo

    ten dom trochę angielsko wygląda

    meczecik

    minaret Ulu Camii

    wzgórze, którego trochę się boję, bo gdyby tak spadło nagle

    ooo...

    a to jest meczet, który stoi pośrodku skrzyżowania
    i jedyne wejście do niego prowadzi przez podziemne przejście pod ulicą w teorii,
    bo w praktyce wszyscy tu chodzą po ulicy

    bazar

    bazar

    R.

    L.

    utyła się... to i tyłek się zapada w poduchę...

    L. widziana po raz ostatni przez zamkiem strachu w Lunaparku

    mistrz koszykówki

    Kultur Park nocą

    czy to nie wygląda jak bajka?


    szalona trójka

    poniedziałek, 4 października 2010

    Niesiona na skrzydłach motyla…

    Dziś był wielki dzień. Moje pierwsze spotkanie z klientem jako stażystka w firmie Karkent Tekstile. Cała w skowronkach, ale i lekko podenerwowana położyłam się spać, myśląc tylko o jednym: Nie zaśpij, tylko nie zaśpij, tylko nie zaśpij, ZARAZO!. Obudziłam się wzorcowo o 5.40, ciuszki specjalnie na tę okazję i pogoda też zamówiona, nie za ciepło a jednak słonecznie. Przez drogę do busa mp3 w uszach, a tam pan mówił do mnie po turecku, a ja pod nosem powtarzałam. Jeszcze tylko zakup śniadanka i już w busie. A tam… centralne grzeje… to lekka przesada, wystarczyłoby okien nie otwierać w naszym przypadku. W Bursie od soboty jest około 12-15 stopni nocą i wczesnym rankiem, a to już mróz. Nie powiem, za ciepło nie jest, ale żeby zaraz centralne w aucie, Hay Allah!

    Warto jeszcze wspomnieć o nieziemskim wschodzie słońca… kiedy ja oczywiście nie miałam aparatu… to najwyraźniej znak, żeby mieć go zawsze przy sobie. Naprawdę był piękny. I jak to mówi kolega z Bieszczad: to musiał być dobry znak.

    W biurze niecierpliwie doczekałam do 10, kiedy przyszedł czas na spotkanie. Nie powiem najpierw delikatny stres, ale potem wszystko wróciło do normy. Sporo śmiechu, przyjemności z pracy, ale i samej pracy. Tłumaczenie z polskiego na angielski i na odwrót w taki sposób, aby zdążyć na czas, a jednocześnie nie przeszkadzać, w dodatku słownictwo, które dopiero opanowuję. Ufff !

    Chwila przerwy na lunch… ale zanim krótka pogawędka w biurze… i to nie byle o czym. Przedstawiciel Karkentu w Stambule przybył do biura i zdaje się, że ceni sobie kobietki mojego pokroju. Zawsze do mnie przychodzi i zagaduje, oczywiście po turecku, oczywiście głośno i powoli jak do idiotki… Taka dola yabanci – obcokrajowca. Więc jak zwykle przyszedł i zapytał, dlaczego nie jadłam i czy jestem głodna, a jak już wróciłam to dyskusja rozgorzała na dobre. Poprzez G. powiedział w skrócie, że jestem łebska dzioucha, że sobie daje radę i mieszkam sobie sama i że przyjechałam do obcego kraju i że posługuję się kilkoma językami. A na koniec powiedział, że odniosę sukces dzięki temu. Na co ja odpowiedziałam, że dążę do tego, a póki co mój erkek arkadaş - męski przyjaciel jest zadowolony, bo ma ekonomiczną w miarę ekonomiczną "skarbonkę". A G. przetłumaczyła to, że mój chłopak jest z Samsun… Takie wolne tłumaczenie… Przedstawiciel popatrzył zrobił oczy i zaczął się śmiać, cmoknął i dalej w śmiech. Więc pytam o co do diabła chodzi. A G. tłumaczy, że ludzie z Samsun uchodzą za co tu dużo gadać "głupich". Mówię, że wiem, że hamsi-head (hamsi to rybka z rejonu Morza Czarnego, nad którym położone jest Samsun i ludzie nazywani są hamsi-head, bo hamsi ma malutką główkę, resztę wywnioskujcie sobie sami). A przedstawiciel dopiero w śmiech. Pogadali sobie dłuższą chwilę, a dopiero potem dowiedziałam się o co chodziło. Przedstawiciel kupił kiedyś jajko od człowieka z Samsun i to o to jajko po rozbiciu nie miało… żółtka. Bajda bajdę bajdą pogania… Ale niech mu będzie, chociaż ta rozmowa śmieszna na początku, zaczęła mnie trochę mierzić, bo jak można robić sobie żarty z kogoś tak poważnego jak mój kapitan G.

    Klienci wrócili i ja przeniosłam się znów do konferencyjnej. Po wszystkich ustaleniach, pozostało najprzyjemniejsze czyli obiad, którego się nie spodziewałam w gruncie rzeczy. Albo nie spodziewałam się, że będę w nim uczestniczyć. Przyznam, że zrobiłam to z największą przyjemnością. Ponieważ rodacy przybyli do Bursy promem i promem też mieli wrócić, udaliśmy się nad zatokę do przeuroczej restauracyjki nad samą zatoką (do której muszę zabrać G.) Dzień był dziś przecudowny i widoczność naprawdę doskonała. Przez okno podziwialiśmy jachty zacumowane w zatoce, po czym udaliśmy się zobaczyć z bliska jacht szefa… Coraz lepiej, prawda? Obiad trwał w sumie 2-3 godz i kiedy byliśmy już w sumie najedzeniu. E. powiedział, że przecież to dopiero początek… Turecka gościnność ! Ponieważ naprawdę byliśmy najedzenie kalmarami, krewetkami i innymi, to decyzja padła na… hamsi… bo przecież są takie malutkie i mają malutkie główki.

    Po tym wszystkim podano deser… i na stole oprócz innych owoców wylądowały surowe figi… Jeżeli ktoś był choć raz w Turcji, to już powinien wiedzieć co się wydarzy za chwilę… To wydarzenie pod tytułem: Nie próbuj tego na własną rękę ! Jeden z klientów pokazał naszą piękną polską "figę" z palcem wskazującym pomiędzy palcami dłoni, co w Turcji wcale nie oznacza "figi"… Cóż zatem może oznaczać taka niewinna "figa"? Dokładnie wszystko co najgorsze i wszystko czym prawdziwego mężczyznę obrazić można. Kiedy już wszystkie przekleństwa w Turcji zawodzą, wtedy wyciągnijmy przed siebie dłoń złóżmy w gest "figi" i zarobiliśmy właśnie w papę. Taki mężczyzna otrzymał właśnie sygnał, że mamy go za impotenta, geja i co tu owijać w bawełnę "ciotę" po prostu, który nie radzi sobie kobietami…

    Nie zdążyłam zbyt dużo powiedzieć… Tylko rozejrzałam się dookoła po oczach zebranych i wyszeptałam po polsku: Nigdy nie pokazujcie Panowie tego gestu na ulicy, nigdy! Szefa mina niewiele się zmieniła, natomiast E. popatrzył dość dziwnie. Tak, to chyba czas na naprawdę wytężoną pracę. Zaczęłam dokładnie tłumaczyć co właśnie stało. E. co to znaczy po polsku i jaki ma związek z owocami, a klientom jaką informację przekazali Turkowi z krwi i kości. E. powiedział, że szef nie jest czuły pod tym względem (?!?!?! Jak to ?!?!?!) A Panowie obiecali uważać. Pamiętam, że sama zrobiłam to samo… mojemu największemu przyjacielowi E. On też nie był zachwycony tym co zrobiłam, ale to dzięki niemu wiem już o co chodzi. Cała sytuacja dała się ładnie wyprostować i tym razem, ale było zabawnie.

    Cały dzień był naprawdę bardzo udany i wracałam jak na skrzydłach. Nie wspominając już o drodze powrotnej kiedy rozmawiałam z E. o moim stosunku do islamu i kultury w której przyszło mi się obracać i próbować ją zrozumieć. Miejsce, w którym jedliśmy to miejscowość Mudanya, z której odpływają promy m. in. do Stambułu. Na pewno to miejsce jeszcze odwiedzę, jeżeli nie sama, to z moim kapitanem.

    P.S. Mieliśmy tu wczoraj małe trzęsienie ziemi, które było na dnie Morza Marmara, ale odczuwano je również w Stambule.

    piątek, 1 października 2010

    Piątek... tygodnia koniec i początek

    To był na prawdę początek mojej pracy. Najpierw wymiana maili z jednym klientem o produktach i zamówienie. A potem... się zaczęło. 

    Piątek popołudniu... czas modlitwy, pusto w biurze i cisza za ścianą, i słychać telefon mojego szefa na biurku. G. poszła go odebrać, ale przyniosła go do mnie mówiąc, że powinnam odebrać, bo to z Polski... Aaa, Yyy, hmmm... 
    - Dzień dobry, Izabela Szmit, Karkent, słucham? w czym mogę pomóc? - a tam cisza... Po chwili... 
    - O rany, Pani mówi po polsku? Ale numer... proszę poczekać, bo zaniemówiłem...
    - Jestem stażystką w firmie Karkent i odpowiadam za realizację Pana zamówień i wiem, że w poniedziałek będzie pan w Bursie. 

    Okazało się, że email wysłany przez klienta nie doszedł do skrzynki pocztowej firmy, a zawierał listę hoteli, które wybrał klient, a które mielimy sprawdzić i zarezerwować dla niego miejsce i zorganizować transport z lotniska do hotelu. Później jeszcze kilka telefonów z przekazaniem informacji i dokładnym dograniem szczegółów. 

    To chyba najlepszy dzień jak dotychczas. Ta reakcja uzmysłowiła mi, jak wiele moja obecność tu może zdziałać dla firmy. To miłe czuć się potrzebnym i wartościowym dla firmy, nawet jeżeli czasem mi się nudzi, to wykorzystuję w pełni dany mi tu czas. 

    Opanowałam już czas teraźniejszy i przeszły w języku tureckim. Postanowiłam w drodze powrotnej dać popis moich umiejętności i odmieniłam z 10 czasowników na głos. Wszyscy słuchali co ta "Isabel" gada. A kiedy już dziewczyny wysiadły i zostałam z osobami, które mówią bardzo słabo po angielsku.

    - Isabel, Isabel, hał ar ju? - jak się masz?
    - Çok iyiyim, sen? - bardzo dobrze, a Ty?
    - Turkish boys... very good - Tureccy chłopcy... bardzo dobrzy
    - I know... I have one... - Wiem, mam już jednego - i tym zabiłam wszystkich
    - Do you have turk boy? - masz Turka chłopaka?
    - Evet - tak.

    I co? Pójdzie plota, po firmie: Ta młoda ma chłopaka Turka. Już i tak się na mnie patrzą jakby miała nos na plecach.

    Na koniec napiszę coś o moim powrocie do domu... Bo to na prawdę magiczna sprawa. Kiedy tak pomykam od shuffle busa do domu. Mijam całą uliczkę bazarową... Co chwilę uderzają mnie inne zapachy. Najpierw sklepik ze słodyczami... Ten zapach, aż kręci w nosie. Potem biegnę dalej i czuję się jakbym leciała w powietrzu, bo wszyscy patrzą na mnie jak na zjawę. Potem jest kilka sklepów z dywanami i art. chemicznymi. Ale zaraz po tym jest sklep ze wszystkimi przyprawami... i to jest nieziemskie... Potem jeszcze kilka przemieszanych stoisk, a na koniec centrum handlowe, wokół którego rozstawiają się wieczorem chłopcy z małżami wypełnionymi ryżem i pokropionymi cytryną. Na koniec jeszcze sklepik z czymś w rodzaju drożdżówek i nasz malutki bazarek z rybami. 

    A na koniec, siedząc z flatmates w mieszkaniu przy Żubrówce, wszyscy szklanki w dłoń i:
    - Bess7a (czyt. Bsaha - miękkie "h") - Na zdrowie - po arabsku...

    A my idziemy na imprezę - to pump it up...

    środa, 29 września 2010

    Jak ciężko pracuje się w mojej firmie...

    Po pierwsze i najważniejsze...

    ZASPAŁAM !!!

    Tak dokładnie tak i nie inaczej... Drugą noc z rzędu przesiedziałam z E. na kanapie i przegadaliśmy parę dobrych godzin. Nie potrafię powiedzieć co zrobiłabym, gdyby go tu nie było... Kto decyduje o tym kogo spotkamy w życiu? Ten kto o tym decyduje odwalił kawał dobrej roboty w moim przypadku. Odkąd tu przyjechałam i rozesłałam wici, o tym, że mieszkam w Azji, na moją skrzynkę mailową napływają jedynie zaproszenia z różnych części Turcji i Europy. A to kuzyn G. - E. i jego świeża żona H. zaprosili mnie do Stambułu na weekendy gdybym chciała odpocząć i miło spędzić czas, argumentując, że przecież jesteśmy już rodziną, a to przyjaciel G. - A. ze swoim domem w Foca koło Izmiru, a to wspólny przyjaciel z Salford przyjeżdża zapatruje się w L. i zaprasza nas obie na długi weekend 29 - 31.10 do Adany do swojego domu.

    Wracając do mojego spóźnienia... Otworzyłam oczy i zaklęłam jak zwykle szpetnym : FUCK !!! Nie pomogło... Bo o to wybiła 7.00, a ja dokładnie o tej porze muszę opuścić mieszkanie, żeby po 20 min marszu przez dzielnicę bazarową przedostać się na mój bus stop, który na mnie nie poczeka bo zatrzymuje się pośrodku ronda !!! Szybki sms do G., żeby powiadomiła kierowcę, że mnie nie będzie i że dotrę na własną rękę. Ale przecież to nie rozwiązało problemu, że muszę tam dotrzeć na własną rękę !!! E. smacznie drzemie na kanapie, a ja pomknęłam jak strzała do metra i dopiero po metrze zaczęły się schody. Bo trzeba wytłumaczyć kierowcy, że chcę wysiąść w Sanayi ici - czyli dzielnicy przemysłowej. Jeżeli tego nie powiem, to on tam nie skręci - HA HA HA !!! Powiedziałam tak jak trzeba, zrozumiałam ile ode mnie chce lirasów (1,5) i dotarłam do pracy na 8.30 nawet przed G.

    Kilka minut po 9 kiedy pisałam maila do G., który przemieszcza się gdzieś z Szeszeli do Mombasy, E. - mój przełożony zaprosił mnie do swojego biurka i przedstawił rynek tekstylny w Polsce ze szczegółami. O każdej firmie po troszku i co będę robiła. Ale zanim to... to dowiedziałam się, że nie tylko FB jest zablokowany (co zauważyłam sama), ale i mój przełożony ma wgląd w mój komputer na swoim komputerze. BOSKO !!! Dowiedziałam się tego po tym jak mi powiedział ile firm znalazłam i wpisałam do bazy, nie wstając od swojego biurka. Kontrola najwyższą formą zaufania. Pozostaje mi tylko szperanie po polsku-tureckich samouczkach językowych (których sporą część prezentuję w dziale nauka języka). Ale dziś to ja raczej robiłam wszystko, żeby nie usnąć i nie wysilić zbytnio umysłu po 3 godzinach spania.

    Moje pierwsze zadanie: JEST !!! JEST !!! JEST !!! Mam przygotować maila do firmy polskiej, w którym się przedstawię i poinformuję o załadunku w przyszłym tygodniu. Więc do pracy... Yyy ale jak się pisało formalnie po polsku??? Chyba trzeba zacząć : Witam, albo jakoś tak. Po jakiejś godzince wszystko gotowe łącznie z zapisaniem adresu do książki adresowej i stworzenie podpisu w Outlooku. Pięknie nawet nie trzeba wysyłać tylko powiedzieć E. żeby sprawdził. A E. zna 26 języków jak sam powiedział, a ja dodałam: czyli dokładnie tyle ile zna Google Translate... Ha ha ha !!! Wszystko ładnie pięknie, ale dlaczego ja użyłam formy "Pan", bo tak u nas trzeba jak nie znam człowieka a domyślam się, że jest starszy. Ale przecież oni go już znają... o masz... ale ja go nie znam i jak nie napiszę "Pan" to będzie baaardzo niegrzecznie i stracicie klienta. Ahaaa... Mail wysłany. To co mam teraz robić? Lunch. Super, bo przecież zaspałam = nic nie zjadłam. Wszyscy mówią ale to jedzenie niedobre, a mi się tylko uszy trzęsą i powtarzam: Lezzetli - Smaczne. 

    Po lunchu, rozmowa z przełożonym.
    - Bo wiesz Izabel, u nas najważniejsze jest żeby odpowiedzieć szybko na maila i podać możliwie jak najwięcej informacji za pierwszym razem, żeby przewidzieć o co klient zapyta w kolejnym mailu i odpowiedzieć już w tym pierwszym, a tak poza tym to jak nie ma zamówień to nie jesteśmy zbytnio zajęci. Świetnie... Czyli pozostaje nauka języka. To ja Was teraz przećwiczę...

    Najpierw kierowca musiał mi powiedzieć swój numer telefonu, żebym kolejnym razem pisała do niego. A on się uparł, że mi pokaże na wyświetlaczu... Zapomnij człowieku, wyśmiałam go i powiedziałam: Konuş! - Powiedz! Wyśpiewał cały numer a ja zapisałam ze słuchu. A teraz jeszcze powiedzcie dobrzy ludzi jak napisać: Nie czekaj - Beni bekleme. Super ! Jestem uratowana...

    Zadzwoniłam do E., który czekał w mieszkaniu i szczęśliwa krzyknęłam w słuchawkę: Kardeş, beni bekle ! - Bracie poczekaj na mnie! A potem mojego najlepszego tureckiego przyjaciela (zaraz po G.) odwiozłam na autobus i jak zwykle musiałam się wzruszyć... a przecież już za miesiąc się zobaczymy.

    piątek, 24 września 2010

    Tureckie poczucie czasu i sposób pracy

    Nie mam pojęcia jak to zrobiłam, ale po pierwsze wstałam na czas, a po drugie zgubiłam stację metra... Do tej pory nie mam pojęcia gdzie jest moja stacja metra. To jest zupełnie niewiarygodne, ale mogłabym przysiąc, że przy ulicy którą biegiem przemierzyłam dziś rano dwa razy (!!!) jest moja stacja metra ! Nie było... Kosmos... na szczęście nikt nie rozumie polskich przekleństw na ulicy i o tej godzinie o której biegała jakaś wariatka i klęła po polsku było niewiele osób na nogach.

    Miałam znaleźć stację Şehreküstü wsiąść w metro numer 1 i dojechać do wspomnianego Arabayatağı. Po biegu z górki i pod górkę zdecydowałam się na bieg z górki na Osmangazi, która jest wcześniejszą stacją i mogę tam też wsiąść w 1. Koniec końców na ostatniej stacji byłam i tak przed G. Mistrzostwo w biegu na przełaj i szukaniu kogoś kto zna angielski, żeby pokazał drogę !!!

    wzorowo, ale tak to ja jeszcze ani razu nie widziałam, żeby było
    Jesteśmy w firmie. Tu recepcja, tam kuchnia, a tu moje biurko... to to 4. od początku albo 3. od końca. Podekscytowana cała sytuacją, że w końcu jestem na właściwym miejscu. Zabrałam się do wykonywania swoich obowiązków jako Account Manager. Co moja opiekunka skwitowała iście południowym: don't be so stressed, relax, calm down... Rozejrzałam się po biurze, a tu... rzeczywiście... wlepiona w monitor jestem tylko ja. A wszyscy faceci wchodzą, wychodzą, łażą po biurze, idą na fajkę, piją herbatę i czasem odbierają telefony, a czasem zbierają się przy jednym biurku i nad czymś radzą, a jeszcze czasem siadają przy czyimś innym komputerze i coś dłubią... Pomyślałam, że tak będzie przez pierwszą godzinę na tak zwany rozruch, w końcu w Anglii też nam za to płacili. Po pierwszej godzinie Abla (pani starsza siostra) przyniosła wszystkim herbatę w tych ślicznych tulipankowych szklaneczkach, a faceci nie przestali... Po drugiej godzinie Abla przyniosła kolejną herbatę, a faceci nie przestali... Herbata powtórzyła się dokładnie tyle razy ile godzin było, a oni nie przestali łazić, gadać, dłubać w cudzych komputerach. Niewiarygodne...

    Ja w międzyczasie zwiedziłam firmę i poznałam ich wszystkich, pamiętam, że jeden jest Turgut. O 12 obowiązkowa przerwa na lunch: dwa dania i deser oczywiście baklava. I tak... to była moja pierwsza baklava do tej pory... A na lunch była zupa i kuskus z jakimś sosem, po obiedzie przyjechał Bay A. i jego córka D., faceci na chwilę przysiedli, na bardzo krótką chwilę.

    Przed samym wyjściem do domu rozgorzała dyskusja na mój temat i w ciągu pół godziny z dwoma kierowcami ustalano jak to zrobić, żeby service bus dojeżdżał do miejsca w którym mieszkam. Stanęło na tym, że albo będę iść 15 min na piechotkę do service bus albo firma pokryje mi koszty dojazdu do ostatniej stacji metra skąd również zabierze mnie service bus, mogę sama zdecydować.

    Wróćmy do tego... co należy do moich obowiązków, przede wszystkim kontaktowanie się z klientami w szczególności z Polski w celu usprawnienia i nawiązania współpracy oraz w późniejszym czasie przygotowywanie dokumentów eksportowych, a także cała reszta przyjemniejszych rzeczy: jedzenie, picie herbaty, próby nawiązania kontaktu słownego i cieszenie się chwilą. Żyć nie umierać !!!

    On the way back home...
    Powrót w promieniach zachodzącego słońca był równie śliczny... Dlatego po przygotowaniu jajecznicy udaliśmy się z L. i F. na piwko po pracy i oczywiście znów skończyło się na dyskusji o religii między muzułmaninem - ateistą, niepraktykującą katoliczką i liberalną wyznawczynią prawosławia.

    I tym optymistycznym akcentem zakończę wieczór, bo jutro w sobotę też idę do pracy. Wyjątkowo tylko ten raz, żeby szybciej wdrożyć się w obowiązki. W końcu picie herbaty jest bardzo wymagający obowiązkiem...